[Sala tronowa. Pomieszczenie nie uległo większym zmianom oprócz faktu, iż na przeciw tronu, na którym właśnie zasiada właściciel zamku, stoi duży owalny stół, po którego drugiej stronie ustawione jest krzesło, które okupuje Wilhelm. Na stole porozkładane są różnego rodzaju mapy, plany, a także przyrządy miernicze. Zarówno Konstant jak i jego sługa w skupieniu i ciszy przyglądają się poszczególnym kartom i sporządzają, co jakiś czas, drobne notatki.]

[Wilhelm] [po dłuższej chwili, przerywając milczenie] Stirland?
[Konstant Drachenfels] Hm. [po chwili] Może najpierw Averland?
[Wilhelm] No nie wiem. Tamtejsi strasznie lamentują jak zginie lub zaginie ktoś z otoczenia hrabiego elektora, o nim samym nie wspominając. A Striland, o ile się nie mylę, i tak szykuje przewrót polityczny.
[Konstant Drachenfels] [strapiony] Nie, to było jakieś osiemdziesiąt lat temu. Teraz chyba wszystko tam gra.
[Wilhelm] Rozumiem. [po chwili] No to może skoro nie chcemy zasiać od razu popłochu, to najpierw wyeliminować rubieże wschodnie, zwalić na chaos…
[Konstant Drachenfels] Ech, to planowanie. Zasięgnijmy literatury. Masz gdzieś przy sobie mój Necronomicon?
[Wilhelm] [myśląc chwilę, zagląda pod stół, po czym wyjmuje spod niego czarną książkę] Tak, stół się chybotał to podłożyłem.
[Konstant Drachenfels] [biorąc podniszczoną książkę z rąk sługi] Pokaż… [wertuje Necronomicon] E, to to cholerne wydanie dla dzieci… z obrazkami.
[Wilhelm] Treść ta sama. Piszą tam co ciekawego?
[Konstant Drachenfels] [ze zrezygnowaniem odrzucając księgę w kąt sali] Bezużyteczny szmlec.

[W tym momencie do komnaty wpada z hukiem Dominik.]

[Dominik] [do Wilhelma] A, tu jesteś niesforny gadzie…
[Konstant Drachenfels] [ignorując Dominika, do Wilhelma] Wiesz co, wkurza mnie, że ludzie sobie tu tak wchodzą jak do latryny. Załóż potem na drzwi posępną blokadę.
[Wilhelm] [również ignorując człowieka] Ta wyperfumowana łajza się do mnie przyczepiła jak wesz psiej dupy i nie chce się odczepić. [proszącym głosem] Naprawdę nie mogę go zabić?

[Dominik wydaje się zaskoczony tymi słowami. Milknie i powoli wycofuje się do drzwi. Drachenfels pstryka jednak palcami i drzwi z hukiem zatrzaskują się.]

[Konstant Drachenfels] [niewiarygodnie znudzony] Nie, nie możesz. Wymyśl sobie jakiś inny sposób, żeby się go pozbyć.
[Dominik] Przepraszam panowie, ale chyba zaszło jakieś małe…
[Konstant Drachenfels, Wilhelm] Zamknij się!

[Człowiek milknie wystraszony.]

[Wilhelm] [poirytowany do Dominika] Nikt mały nie zaszedł… [do Drachenfelsa] Ale Herr Drachenfels, to co ja mu mogę zrobić?
[Konstant Drachenfels] [chłodno] Jesteś bezużyteczny w swej ignorancji. [po chwili] Daj mi tu Blupa.

[Wilhelm rozgląda się po pomieszczeniu. Jego wzrok spotyka postać Dominika. Podchodzi do człowieka i z zaskoczenia uderza go pięścią w nos, co daje rezultat abstrakcyjnej formy artystycznej w formacie: krew na ścianie. Człowiek przerażony atakiem ucieka i skamląc chowa się za tronem. Demon zaś od niechcenia rysuje przy użyciu tej plamy krwi i swego szponu pentagram na ścianie. Mamrocze magiczną formułę i ze ściany na podłogę wypada Blup.]

[Wilhelm] I co teraz Panie?

[Konstant pstryka palcami. W tym momencie Dominik przygarbia się nieznacznie, otwiera szeroko usta, z których zaczyna obficie lecieć ślina, po czym człowiek kilkakrotnie kicha. Blup natomiast zaczyna oglądać swoje ciało jak gdyby go nie poznawał i przerażony zaczyna biegać po pomieszczeniu. Wilhelm patrzy na Czarnoksiężnika pytającym wzrokiem.]

[Konstant Drachenfels] [beznamiętnie] Zamiana osobowości.
[Wilhelm] Eee, tak nie można… To niehumanitarne.
[Konstant Drachenfels] [wciąż bez emocji] Dobrze Wilhelmie, że nic nie piłem, bo z pewnością bym się udławił. Żałujesz tego człowieka?
[Wilhelm] [chichocząc] Gdzie człowieka… Demona żałuję, że go w ciele cioty zamknęliśmy!
[Konstant Drachenfels] Ach, solidarność rasowa się w tobie odezwała.
[Wilhelm] No bądź, co bądź nawet ten mały śmierdziel nie zasługuje na takie przeżycia i ewentualną inicjację seksualną od zakrystii strony, gdy tylko opuści to pomieszczenie.
[Konstant Drachenfels] Jak sobie chcesz, więc radź sobie sam. [pstryka palcami]

[Blup, patrzy na swoje krótkie łapki i z zadowoleniem przeciągle beka. Natomiast Dominik, pomimo iż wrócił do swego ciała wydaje się lekko… nieobecny. Jego oczy są puste, usta lekko rozchylone. Człowiek nic nie mówi i oprócz ciężkiego oddechu nie daje oznak życia.]

[Wilhelm] [z lekkim zadowoleniem] Hm… Znachorem nie jestem, ale chyba ciota w autyzm wpadła z powodu tego przeżycia.
[Konstant Drachenfels] [powracając do studiowania mapy] Na to wygląda. [nabrawszy powietrza w płuca, do Blupa] Blup, wynoś się, śmierdzisz nieprzeciętnie. [ po chwili dodając] I weź niepełnosprytnego ze sobą… Na swój sposób też śmierdzi.

[Blup chwyta radośnie Dominika za rękę i wychodzi z nim z komnaty. Wilhelm poprawia zaś koronkowe makiety i wraca na swoje miejsce.]

[Wilhelm] [ze zrezygnowaniem] I znowu w punkcie wyjścia…
[Konstant Drachenfels] Wręcz przeciwnie… Gdy tak bawiłem się tymi dwoma nędznymi istnieniami wpadł mi do głowy pewien pomysł. [po chwili] Ale najpierw… powiedziałeś im, że jestem z zamiłowania [po przerwie] ogrodnikiem?
[Wilhelm] No mogłem jeszcze powiedzieć, że gorliwym wyznawcą i kapłanem boga, którego imienia nie wymówię, ale to mogłoby się skończyć nieprzewidywalnymi wyładowaniami atmosferycznymi…
[Konstant Drachenfels] Dobrze, więc trzymajmy się tego. Pokażesz im [z naciskiem, w tle zaś leci ta tandetna melodyjka z podrzędnych thrillerów, gdy główny bohater rozwikłuje lub dowiaduje się o strasznym sekrecie] ogród.
[Wilhelm] [z powątpiewaniem] Przecież nikt stamtąd żywy nie wyjdzie. Dobre miejsce na uśmiercanie poszukiwaczy przygód, ale po co w takim razie cała heca z balem?
[Konstant Drachenfels] To tylko dla zajęcia ich uwagi, potrzebuję odrobinę wolnej przestrzeni na przygotowania. Przepędź najpierw przez ogród batalion siewców zarazy… Wszystko, co bardziej niebezpieczne powinno wydechnąć od tego.
[Wilhelm] A czy to czasem, że się tak wyrażę, nie wydechnie również roślinności?
[Konstant Drachenfels] [z rozbawieniem] Wilhelmie, ten ogród to odbicie Nurgla jako bóstwa płodności. Nic nie jest wstanie spowodować, iż jakakolwiek roślina tam zwiędnie, zniszczeje lub obumrze.
[Wilhelm] No dobrze. [zbierając się do wyjścia, po chwili] Ale drzewo z jabłkiem i wężem zostawię w spokoju… [diabelskim, syczącym głosem] Może będzie zabawnie.

autor: Aradesh

Przeczytaj informacje na temat wysyłania materiałów

Wynik rzutu:

Najczęściej pobierane materiały

# Plik Rozmiar pliku Pobrania
1 karta postaci 3 MB 4197
2 karta 2ed drachenfels 3 MB 3567
3 altdorf_night 4 MB 3525
4 Zapłata 54 KB 3188
5 BookOfRats 1 MB 2999

Najwyżej oceniane materiały