Zielona, kwiecista polana, a nieopodal niej rzeczka. Za rzeczką zaś lasek, a po drugiej zupełnie stronie ściana skalna, na której szczycie widnieje zarys Zamku Drachenfels. Po środku polany, w promieniach słonecznych, śpi faun. Ma kopytka, niewielkie różki, a nawet fletnię. W pewnym momencie na polanę wjeżdża na koniu bojowym rycerz, odziany w pełną zbroję płytową, z herbem miasta Nuln na tarczy. Obok niego raźno maszeruje mag w kapeluszu, z kosturem w ręku, a za tymi dwoma elf w rajtuzach z łukiem, który to też pierwszy zauważa fauna.]

[Virandil] O patrzcie, faun. [szeptem] Lepiej go nie budźmy.
[Marhor] [również szeptem] Zaiste, masz rację elfie.
[Roland] [gromkim głosem] Ha! A dlaczegóż nie?

[Pozostali członkowie grupy przygarbiają się nieznacznie, ale widząc, że istota wciąż smacznie śpi, zabierają się do ochrzaniania rycerza.]

[Marhor] Głupcze!

[Elf strzela tym razem Marhora z otwartej ręki w potylicę.]

[Marhor] [szeptem] Głupcze! Nie wiesz, czym grozi obudzenie fauna ze snu?
[Roland] [patrząc na Marhora jak… no jak na debila] No nie wiem.
[Virandil] A słyszałeś określenie <paniczny strach>?
[Roland] Ha! Rycerze Płonącego Serca Sigmara nie wiedzą, co to strach!
[Marhor] [do siebie] Ani też, co to takiego alfabet, a deklinacja, to groźna choroba weneryczna.
[Roland] Cicho tam magu, elf próbuje wyjawić mi tajniki swego tchórzostwa.
[Virandil] [z westchnieniem] Określenie to wzięło się od Pana, czyli innego nazewnictwa Fauna. Ponoć, gdy się takowego obudzi…
[Roland] [przerywając i ruszając przed siebie] Co ty mi tu bredzisz o jakichś tam panach… [w kierunku fauna, głośno] Ejże! Pokrako!

[Faun przewraca się na drugi bok.]

[Virandil] [szeptem] Nie! Przestań! Nie rozumiesz, że…
[Roland] [do elfa] Oj cicho tam! [ponownie do fauna] Ejże! Wstawaj kreaturo!
[Marhor] [w wybuchu gniewu, wrzeszcząc] Do jasnej cholery, blaszany prymitywie, zamilknij!

[W tym momencie rogata istota budzi się. Momentalnie zrywa się na nogi i otwiera szeroko usta, z których sekundę później wydobywa się niewyobrażalny wrzask. Jego siła jest tak duża, że bohaterowie padają ogłuszeni na ziemię i przybierają pozycje embrionalną, natomiast koń Rolanda ucieka w popłochu. Faun natomiast ani myśli przestawać, a nawet nieznacznie zwiększa skalę wrzasku. Po chwili jednak od strony lasu dochodzi dudniące…]

[Leszy] Zamknij się!

[Po czym słychać odgłos, jak gdyby coś bardzo ciężkiego leciało w powietrzu. Faun milknie, patrzy do góry i wybałusza oczy w przerażeniu. Sekundę potem przygniata go olbrzymich rozmiarów głaz. Spod głazu wystaje jedynie martwa ręka, wciąż dzierżąca fletnię. Trzej bohaterowie powoli zbierają się na nogi.]

[Roland] Na Sigmara! Skąd się wziął ten kamień?!
[Marhor] [poirytowany] Wyrósł z mniejszego, który był tu zakopany w ziemi, gdy nie patrzyłeś!
[Roland] Ha! Nabierasz mnie.
[Virandil] [bijąc człowiekowi brawo] Ale nie przechytrzy takiego szczwanego lisa jak ty, co?
[Roland] Ba.

[Ich rozmowę przerywa jednak trzask łamanych drzew. Wszyscy trzej zwracają się w kierunku lasu, w którego głębi widać padające jak zapałki drzewa, uciekające, i miażdżone niekiedy konarami, zwierzęta.]

[Marhor] [ironicznie] Taaaak Rolandzie, świetny miałeś pomysł. Wejdźmy do zamku tylnym wejściem, jasne. Unikniemy kolejek przy głównym wejściu… Nie będzie, gdzie konia zaparkować… No i masz baranie! Trafiliśmy na inwazję chaosu!

[W tym jednak momencie z lasu wychodzi, łamiąc kolejne drzewa, istota mierząca kilkanaście metrów wzrostu. Jest nieco przygarbiona, nieregularnie owłosiona zielonkawą sierścią. Ma również baranie rogi i ewidentnie wkurzony wyraz twarzy. Obok potwora raźno maszeruje na dwóch łapach sporych rozmiarów niedźwiedź. Istota podchodzi do kamienia, ogląda go ze wszystkich stron, następnie ciężko siada obok, przy okazji miażdżąc jakiegoś nieszczęsnego króliczka. Drużyna bohaterów patrzy na to wszystko w osłupieniu.]

[Ojciec Niedźwiedź] [widząc zakłopotanie śmiertelników] Witajcie! Dostąpiliście niebywałego zaszczytu spotkania Leszego, pana wszystkich lasów na ziemi, bóstwa opiekuńczego zwierząt i roślin!

[Bohaterowie patrzą najpierw na kawałek lasu, który aktualnie wygląda, jakby przeszła tamtędy horda wściekłych orków, potem na kilka martwych zwierząt i w końcu ich wzrok pada na aktualnie dłubiącego w nosie Leszego.]

[Marhor] [przełknąwszy ślinę] Bóstwa [z naciskiem] opiekuńczego powiadasz?
[Ojciec Niedźwiedź] Tak właśnie.

[Nagle Leszy przerywa dłubanie w nosie i groźnie patrzy na Rolanda.]

[Leszy] [do rycerza] Ej! Nie depcz, kurde, moich kwiatków!

[Roland speszony robi krok w bok.]

[Leszy] [poirytowany] No co za palant. Teraz trawę depczesz! Nie mówiła ci matka, że nie depcze się [z naciskiem] mojej trawy?!

[Zdezorientowany Roland, chwilę rozgląda się nerwowo, po czym pospiesznie wspina się na głaz przygniatający fauna.]

[Leszy] [niepocieszony, mrucząc] I tak powodujesz erozję skał… [do pozostałych] A wy co?! Święte krowy?!

[Wystraszeni pozostali bohaterowi również wspinają się na skałę.]

[Marhor] Wybacz nam, o Wielki, ale nie wiedzieliśmy…
[Leszy] Cicho! [dłubiąc chwilę w zębach, ewidentnie szukając wykałaczki] Tera ja mówię…

[W pewnym momencie zauważa jednak przelatującego bociana. Chwyta go w dłoń i używa jego dzioba jako wykałaczki, po czym bezceremonialnie wrzuca ptasie truchło do rzeczki.]

[Roland] [do niedźwiedzia] Ej, to na pewno jest [z naciskiem] opiekun lasów.
[Ojciec Niedźwiedź] [z satysfakcją] I wszystkich leśnych stworzeń.
[Leszy] [nachylając się nad rycerzem] Coś ci nie pasuje, kurduplu? [zamyśliwszy się] w ogóle, co to ja chciałem…
[Virandil] [szeptem do Marhora] Myślę, że teraz jest odpowiedni moment na czar <odesłanie demona> Marhorze.
[Marhor] Tak, to dobry pomysł.

[Człowiek wstaje z kamienia, unosi ręce do góry i mamrocze inkantację.]

[Marhor] [do Leszego] Zniknij, przepadnij potworze!
[Leszy] [zupełnie nieruszony zaklęciami] Jak mnie nazwałeś?

[Leszy uderza Marhora wierzchem dłoni, tak iż ten przelatuje kilkanaście metrów i ląduje w rzece ginąc na miejscu.]

[Roland] Na Sigmara!
[Virandil] [do Rolanda] Nie no faktycznie, świetną drogę na bal wybrałeś!
[Roland] Ej! Bóstwa leśne, gadające niedźwiedzie, latający mag, wyjący faun… cholera nawet koń mi zwiał! Daj, chociaż ty mi spokój.
[Leszy] [z zainteresowaniem] Bal? Jaki bal?
[Roland] [obojętnie] Herr Drachenfels wydaje bal, na który jesteśmy zaproszeni.
[Leszy] [gniewnie wymachując rękoma] Że co?! I mnie nie zaprosił! A to bydle!

[Jeden taki wymach trafia w Ojca Niedźwiedzia zabijając go na miejscu. Leszy robi zawstydzoną minę.]

[Leszy] [trącając palcem niedźwiedzie truchło] Misiek… Żyjesz? [po chwili] Ojej. [ale moment później] No ale o czym to ja… Ach tak, bal. Czemu nie zostałem zaproszony?!

[Roland zaczyna kiwać się w te i z powrotem, elf natomiast przybiera minę kogoś, kogo nic już nie zdziwi.

[Virandil] No nie wiem… Może ma to jakiś związek z tym, że jesteś tak wielki, że nie zmieściłbyś się w zamku?
[Leszy] [beztrosko] A to akurat nie problem…

[Leszy zmniejsza się w jednej chwili do wzrostu około dwóch metrów.]

[Leszy] [zadowolony z siebie, odchodząc w kierunku zamku] Mogę mieć tyle wzrostu, ile chcę, po prostu lubię być duży. [przez zęby] Idę powiedzieć temu Drachenfelsowi co o nim myślę. [po chwili rzucając za siebie] A wy palanty, nie depczcie w międzyczasie moich kwiatków!

[Elf odprowadza bóstwo leśne wzrokiem. Następnie beznamiętnie patrzy na poniszczony las, martwego królika, fauna, niedźwiedzia, Marhora i kiwającego się Rolanda. Mlasnąwszy spycha człowieka z kamienia na ziemię.]

[Virandil] [naśladując głos imbecyla] <Nie będę miał gdzie konia zaparkować>. Idiota!

autor: Aradesh

Przeczytaj informacje na temat wysyłania materiałów

Wynik rzutu:

Najczęściej pobierane materiały

# Plik Rozmiar pliku Pobrania
1 karta postaci 3 MB 4374
2 karta 2ed drachenfels 3 MB 3763
3 altdorf_night 4 MB 3622
4 Zapłata 54 KB 3276
5 BookOfRats 1 MB 3225

Najwyżej oceniane materiały