[Większa komnata przyzwań. Konstant Drachenfels siedzi na tronie z kości, na piedestale przed sobą ma otwartą księgę, w której usiłuje coś notować, ale ewidentnie ma tzw. blokadę pisarską i wykonuje jedynie niepewne ruchy pawim piórem w powietrzu.]

[Konstant Drachenfels] [do siebie, mamrocząc] Kadabra… kadabra…

[Do komnaty, olbrzymimi zdobionymi drzwiami wkracza Wilhelm.]

[Konstant Drachenfels] Kadabra… kadabra…
[Wilhelm] [z uniesioną brwią] Kadabra?
[Konstant Drachenfels] [nie odrywając wzroku od księgi] A ty od kiedy drzwiami wchodzisz?
[Wilhelm] Nie trafiłem w ścianę… “Kadabra”?
[Konstant Drachenfels] Piszę nowe zaklęcia.
[Wilhelm] To tak można?
[Konstant Drachenfels] A myślisz, że skąd się biorą nowe zaklęcia? Gdybyśmy wciąż jechali na starych, to byś mówił “Umpa, umpa, umpapa [klask]” i przyzywał w ten sposób niewolnika do stołu. [po chwili stukania palcami w pulpit] A teraz znajdź mi rym do “Kadabra”, ale jak powiesz “Abra”, to cię zgładzę.
[Wilhelm] Hm… [niepewnie] Makabra?
[Konstant Drachenfels] Kadabra Makabra… Kadabra Makabra… [po chwili, zaczynając pisać] Ech, napiszę przepis na rosół w demonicznej mowie i tak nikt nie zauważy.
[Wilhelm] Słuszna koncepcja.
[Konstant Drachenfels] [chłodno] Od koncepcji to ja tu jestem. [po chwili] Jakieś składniki by się przydały… Byle głupie.
[Wilhelm] Jak mamy rosół, to może jadeitowa chochla na start? Ponoć ciężko to dostać.
[Konstant Drachenfels] Mhm i trzy kciuki ogra.
[Wilhelm] Dlaczego trzy?
[Konstant Drachenfels] Bo trza utłuc dwa wtedy, a zawsze się znajdzie taki, co jak ubije jednego, to będzie udawał, że palec u nogi to też kciuk.

[Po chwili zapisywania księgi przez Czarnoksiężnika.]

[Wilhelm] To co, mam pochować wszystkie jadeitowe chochle w zamku?
[Konstant Drachenfels] To ile my ich mamy? Ponoć jest jedna na kontynent, tylko u Kitajców dwie.

[Wilhelm chwilę liczy na palcach.]

[Wilhelm] [po namyśle] Będzie ze siedemnaście.
[Konstant Drachenfels] To pokryj je farbą drewnopodobną i zostaw w kuchni.
[Wilhelm] Dobrze, dobrze. A co robimy z gośćmi naszymi?
[Konstant Drachenfels] [z zastanowieniem] A właśnie, gdzie poszły trzy małe świnki?

[Kurtyna opada, po chwili podnosi się ukazując wnętrze jednej z baszt zamkowych. Stoją w niej Ur’Ulryk i Konstantyn obok dużego drewnianego, ale i pustego stołu. Wysoko nad ich głowami, widoczna tylko dla publiczności, wisi tabliczka z napisem “Baszta Głodu”.

[Kostantyn] Mówię ci, że na dorocznym zgromadzeniu mistrzów zakonnych możemy podciągnąć czar “zmiennokształtność” pod mutację.
[Ur’Ulryk] Chyba żartujesz. Co drugi mistrz mojego zakonu był wilkołakiem!
[Konstantyn] [pod nosem] Taki to wasz wszawy zakon.
[Ur’Ulryk] Coś powiedział?!
[Konstantyn] Ech, nieważne. Ale słuchaj… Ja tam nie widziałem, żeby on ruszał ustami podczas zamiany.
[Ur’Ulryk] No i?
[Konstantyn] No więc skoro tak, to nie wypowiedział formuły magicznej, prawda?
[Ur’Ulryk] [drapiąc się po głowie] No i?
[Konstantyn] [z lekkim już poirytowaniem] No i… może to w takim razie nie było wcale zaklęcie “zmiennokształtność”?

[Chwila ciszy.]

[Ur’Ulryk] No i?
[Konstantyn] Argh! No więc jak nie było to zaklęcie, to bydlak po prostu wziął i zmutował, no!
[Ur’Ulryk] Hm, no nie wiem… A jeśli jest brzuchomówcą?
[Konstantyn] [oschle] Dupomówcą chyba.
[Ur’Ulryk] Może, w sumie tak na logikę…
[Konstantyn] [do siebie, prześmiewczo] Ty i logika.
[Ur’Ulryk] To chyba łatwiej by się tyłkiem gadało niż brzuchem. No bo jak brzuchem, to którędy by słowa miały niby wychodzić? Pępkiem?
[Konstantyn] [zrezygnowany] Jelitem grubym. Wybacz, że ci przerwę twoje fascynujące dywagacje na temat brzuchomówstwa…
[Ur’Ulryk] A’przepros brzucha…
[Konstantyn] [poprawiając] “A’propos” się mówi.
[Ur’Ulryk] No, a’przepros… Nie jesteś może przypadkiem głodny trochę? Bo mnie coś ssie od jakiegoś czasu.
[Konstantyn] Nie, kurde, nie je… [po chwili zastanowienia] No może trochę.

[Obaj spojrzeli na pusty stół.]

[Ur’Ulryk] Ten duży, pusty stół mnie przygnębia. Chodźmy poszukać czegoś do…

[W tym momencie na stole pojawia się znikąd wielka, pachnąca, polana sosami wszelakimi pieczeń.]

[Ur’Ulryk] [podskoczywszy] Widziałeś to?! Ta pieczeń pojawiła się zponiekąd!
[Konstantyn] [poprawiając] Znikąd…
[Ur’Ulryk] No mówię!
[Konstantyn] [przysuwając sobie krzesło] Wiesz co? W tej chwili tak mi się chce jeść, że nawet nie będę się zastanawiał skąd ta pieczeń się tu wzięła i przyjmę, że jej po prostu wcześniej z głodu nie zauważyliśmy. [rozglądając się po stole] Hm, nie ma sztućców. [obnażając swoje nowo nabyte szpony] Heh, mój boski dar jak widać jednak się przyda.

[W momencie jednak, gdy Konstantyn wykonuje pierwsze cięcie…]

[Pieczeń] [histerycznie, wysokim męskim głosem] Ała!!! Co jest?!

[Konstantyn odskakuje od stołu, Ur’Ulryk robi ze zdziwieniem krok do tyłu.]

[Ur’Ulryk] Na Ulryka!
[Konstantyn] [przerażony] Co jest, na Sigmara?!
[Pieczeń] To ja się pytam! [gwizdnąwszy] Kelner!

[Rycerze patrzą na siebie w konsternacji. Na stole pojawia się karafka z winem, która sama przysuwa się do pieczeni.]

[Karafka] Pan wołał?
[Pieczeń] A pewnie, że wołałem! Co jest cholera, czemu mój obiad gada?!
[Karafka] Pański obiad gada?
[Pieczeń] No jak tu stoję! [do Konstantyna] Ty tam! Odezwij ryja!
[Konstantyn] [niepewnie] J-ja?
[Pieczeń] [do Karafki] Widzisz?! I dziabnął mnie jeszcze do tego! [wypinając nacięte miejsce] O, tutaj!
[Karafka] [z zażenowaniem] Najmocniej pana przepraszam, zdarza nam się to pierwszy raz w wieloletniej…
[Pieczeń] Ech, daruj sobie, ale chcę człowieka pokrojonego tym razem. Kto to widział, żywe jedzenie na talerzu?!
[Karafka] Tak jest proszę pana, kucharz go zaraz dla pana pokroi. Jeszcze raz najmocniej przepraszam. [głośno] Henryk!

[W powietrzu nad stołem materializuje się olbrzymi tasak z wymalowanym na ostrzu krwią uśmiechem. Obaj rycerze bledną.]

[Henryk] [opętańczo rechocząc] Taaaaaak?
[Karafka] Pana [wskazując wyginającą się szyjką pieczeń] człowiek [wskazując szyjką Konstantyna] żyje. Napraw to.
[Henryk] Hehe, tak jest. Już się robi.

[Tasak nagle zaczyna lecieć w kierunku Konstantyna z dużą prędkością, ów cudem unika go, a sam tasak wbija się w ścianę.]

[Henryk] [jakby go rozbolała głowa] Uch, ty mały robalu, zapłacisz mi za to!
[Ur’Ulryk] [chwytając Konstantyna za wszarz] Chodu!

[Rycerze uciekają, a za nimi podąża, śmiejąc się szaleńczo, Tasak Henryk.]

autor: Aradesh

Przeczytaj informacje na temat wysyłania materiałów

Wynik rzutu:

Najczęściej pobierane materiały

# Plik Rozmiar pliku Pobrania
1 karta postaci 3 MB 3781
2 karta 2ed drachenfels 3 MB 3293
3 altdorf_night 4 MB 3283
4 vaevictis 433 KB 2767
5 Zapłata 54 KB 2762

Najwyżej oceniane materiały