[Witam po dłuższej przerwie. Jedziemy z tym cyrkiem… Dziękuję, że dzielnie z nami pozostaliście (jeśli nikt nie został i piszę to sam do siebie, to w szczególności dziękuję sobie… no).]

[Zza sceny, głos Wilhelma.]

[Wilhelm] [zza sceny, swoim głosem] Gdy ostatnio zostawiliśmy naszych bohaterów, przebywali oni w złowrogiej katedrze, gdzie też rychło mieli stracić co najmniej zdrowie.

[Kurtyna uchyla się odsłaniając wnętrze katedry, gdzie zapadł całkowity mrok, ale ze w względu na to, że wszyscy bohaterowie widzą tymi, czy innymi sposobami w ciemności oraz dla wygody widowni, jest zdecydowanie jasno. Przy wrotach, które nagle uległy samozatrzaśnięciu stoją dwaj rycerze, zaś bardziej w centrum dwa wampiry wydzierają się na Wilhelma.]

[Heliodor] Ty kretynie!
[Wilhelm] [z wyrzutem] Powtarzasz się! A w ogóle to co ja takiego niby zrobiłem?!
[Heliodor] Obudziłeś uśpionego przez eony ducha katedry.
[Wilhelm] No, to słyszałem, ale co to oznacza?
[Heliodor] Że wszyscy zginiemy!
[Wilhelm] No cholera, ale jak?!
[Heliodor] …
[Wilhelm] [unosząc brew] Hę?
[Heliodor] No…
[Wilhelm] No?
[Heliodor] [niepewnie] No, w zasadzie to w sumie nie wiem.
[Wilhelm] …
[Heliodor] No, jesteś pierwszym, który to zrobił, więc skąd mam wiedzieć?!
[Wilhelm] [zacisnąwszy zęby] Czyli nie masz pojęcia, co się stanie?
[Heliodor] No… nie.

[Maurycy niepewnie przestaje wić się i lamentować.]

[Wilhelm] [odzyskując demoniczny rezon] Dobra, to teraz słuchaj, pacjent. Primo, to ja demon jestem, więc… hm, jakby ci to, żebyś zrozumiał… o, wiem! Nieważne jak wielki Kołek Mega-Śmierci ™ wrąbiesz mi między żebra, czy też jakiego by solarium mi nie zapodano, ja i tak co najwyżej w dosyć nieprzyjemny, ale jednak niegroźny sposób, po prostu trafię na Równinę Astralną, z której z kolei ściągnie mnie z powrotem Drachu, bo tak to już między nami jest. Więc w zasadzie, to mam gdzieś te voodoo cuda apokalipsy, bo i tak skończy się to dla mnie co najwyżej kacem. A po drugie, ciepły nietoperku, to skąd wiesz, że obudzenie ducha katedry, czy czego tam, to nie jest pieszczotliwa nazwa na nieco nudnawe, ale jednak zupełnie nieszkodliwe przedstawienie śpiewu i tańca ludowego?
[Heliodor] …
[Maurycy] [niepewnie] Biada?

[W międzyczasie, do trójki dyskutantów podchodzą obaj rycerze.]

[Ur’Ulryk] Tego…
[Konstantyn] [wchodząc mu w słowo] No właśnie. Nie chcielibyśmy przeszkadzać, ale przyszliśmy tu gładzić zło, palić niewiernych i takie tam, więc…
[Wilhelm] O! To się świetnie składa, bo właśnie zamówiliśmy ponoć podwójną porcję zła z dodatkowym serem. Usiądźcie wygodnie i zaczekajcie…

[Nagle daje się słyszeć głuche uderzenie.]

[Maurycy] [spanikowany] Co to było?!
[Heliodor] Cicho!

[Wszyscy milkną. Słychać kolejne ciężkie, głuche uderzenie dochodzące z niewiadomej strony. Nagle ściany zaczynają lekko drżeć. Dwa trzymetrowe posągi aniołów z połamanymi skrzydłami “odklejają się” od ścian, a ich czy rozbłyskują na błękitno.]

[Konstantyn] Na Sigmara!
[Ur’Ulryk] Na Ulryka!
[Maurycy] Mamo!

[Wilhelm przewraca oczami i czyni krok do przodu.]

[Wilhelm] [w demonicznej mowie do figur] Hola! Hablacie wy in demonico?

[Anioły wydają z siebie ryk przypominający trochę rechot żaby, po czym jeden wyciąga miecz, drugi zaś korbacz.]

[Wilhelm] [do Sigmaryty i Ulrykanina] Nie, gadają w waszej uniwersalnej mowie bezmózgiej przemocy.

[Gdy demon to mówi z oczu jednej figury wylatują pioruny, które dosłownie o włos mijają głowę Wilhelma.]

[Wilhelm] [spokojnie] Oook… [panicznie] Chodu!!!

[Cała piątka rusza co tchu w głąb Katedry. W pewnym momencie na drodze, bezpośrednio z marmurowej posadzki wyrasta przed nimi figura potężnego łysego, kamiennego dżina o sześciu ramionach, w których zaczynają materializować mu się ogniste kule.]

[Wilhelm] Szlag!!!
[Maurycy] [dając susa w bok] Tędy!

[Wszyscy uciekają w kierunku wyznaczonym przez Maurycego.]

[Heliodor] [zatrzymując się i chwytając za ramię szarpiącego się Maurycego] Ej! Co my do cholery robimy?!
[Maurycy] Uciekamy w popłochu?!
[Heliodor] [z niesmakiem] Ta? To patrz.

[Heliodor przybiera postać nietoperza i wzbija się wysoko w powietrze na błoniastych skrzydłach.]

[Maurycy] [odprowadzając go wzrokiem] Ty, racja.

[Czyni to samo.]

[Wilhelm] Szlag! [nagle chwyta się za bok] Cholera, kolka.

[Przed demonem w tym samym momencie pada na twarz Heliodor pod postacią nietoperza, po czym zamienia się z powrotem w wampira. Chwilę później tuż obok pada Maurycy.]

[Wilhelm] [unosząc oczy ku sklepieniu] Ożesz…

[Pod sklepieniem demon dostrzega w pełni już zmaterializowanego wielkiego smoka o trzynastu paszczach.]

[Wilhelm] No to po nas. [po chwili] Znaczy po was, a ja dostanę pewnie kapuśniak od mamy w Otchłani… Szlag, a nie lubię kapuśniaku.

[Kamienne anioły zbliżają się do piątki nieszczęśników, podobnie jak sunący po podłodze dżin, a smok obniża lot gotując się do ataku.]

[Konstantyn] [padając na kolana] Sigmarze! Jako twój wierny sługa, w tej chwili niedoli… Błagam, przyślij pomoc swemu synowi.
[Ur’Ulryk] [również padając na kolana] Ulryku!… To samo, co on powiedział.
[Maurycy] [rozpaczliwie] Mamo!

[W tym momencie drzwi Katedry roztrzaskują się w drzazgi. Wszyscy łącznie z istotami nadnaturalnymi… tymi, które nie są naszymi bohaterami też… zwracają oczy w kierunku wejścia. Rozlega się O Fortuna.]

[Konstant Drachenfels] [chłodno, ale donośnie] Co wy tu do cholery wyprawiacie? Czekam knując waszą zgubę na zewnątrz już dobre dwadzieścia minut jak ten debil po środku Nekropolii!

[Smok rozwiera wszystkie trzynaście paszcz i głośno ryczy na Drachenfelsa.]

[Konstant Drachenfels] [stanowczo] Zamknij ryje!

[Następnie Wielki Czarnoksiężnik wypuszcza z dłoni strumień czarnej energii, który uderza smoka, po czym ów pada, nomen omen jak rażony gromem, na ziemie tuż obok Konstantyna i Ur’Ulryka. Dżin rzuca wszystkimi kulami ognia w kierunku Drachenfelsa, ale nie robi to na Czarnoksiężniku wrażenia. Tak samo pioruny z oczu aniołów nie spotykają sie ze spodziewaną reakcją.]

[Konstant Drachenfels] [przewracając oczami] Precz.

[Drachenfels klaszcze w dłonie, ziemia rozsuwa się pod figurami z kamienia, które wpadają do bezdennej czeluści. Drugie klaśnięcie zamyka szczelinę.]

[Wilhelm] [radośnie] Panie! Wiedziałem, że…
[Konstant Drachenfels] [sucho] Zamknij się!
[Wilhelm] Dobrze, ale co w takim razie z naszymi gośćmi, skoro już ich uratowaliśmy?

[Konstant Drachenfels wykonuje od niechcenia gest dłonią, który powoduje, że z sufitu na Konstantyna i Ur’Ulryka spada gigantyczny żyrandol zabijając ich na miejscu.]

[Konstant Drachenfels] Znudziłem się.
[Maurycy] Och dzięki ci Wielki…

[Ten sam gest, kolejny żyrandol, pomimo, że tak naprawdę, to wisiał tylko jeden. Oba wampiry kończą pod nim żywot.]

[Konstant Drachenfels] [odwracając się na pięcie] Idziemy Wilhelm… Naszła mnie ochota na ciepłe kakao i interludium.

Koniec Aktu XI.

autor: Aradesh

Przeczytaj informacje na temat wysyłania materiałów

Wynik rzutu:

Najczęściej pobierane materiały

# Plik Rozmiar pliku Pobrania
1 karta postaci 3 MB 3954
2 karta 2ed drachenfels 3 MB 3361
3 altdorf_night 4 MB 3352
4 Zapłata 54 KB 2823
5 vaevictis 433 KB 2820

Najwyżej oceniane materiały