[Znana z poprzednich scen biblioteczka zamkowa. W fotelu, wycierając okulary siedzi Wilhelm. Na stoliku stoi kubek z gorącym kakao, a obok leży książka. Na zewnątrz słychać podmuchy jesiennego wiatru i deszcz zacinający o kamienne oblicze zamku. Po chwili demon ubiera nieskazitelnie już czyste okulary i z zadowoleniem sięga po książkę.]

[Wilhelm] Witam Państwa. W wieczory takie jak ten, jakże miło jest sięgnąć [unosi książkę do góry] po pełną ciepła i przepięknie napisaną klasykę. W dzisiejszym interludium przedstawię Państwu wzruszającą, ale również pouczającą “Opowieść Wigilijną”. [odchrząknąwszy] Marley był martwy, od czego wypada zacząć…

[Scena obraca się o sto osiemdziesiąt stopni i głos Wilhelma jest słyszalny już tylko zza kulisów. Na scenie pojawiają się natomiast dekoracje przedstawiające skromną pracownię skryby, której uposażenie stanowi jedynie niewielki opalany węglem piecyk i rozsypujące się biurko, przy którym zasiada przygarbiony człowiek w turbanie. Mniej więcej w połowie sceny znajduje się ściana oddzielająca pracownię skryby od pomieszczenia, w którym widzimy potężną dębową szafę i wykonane z tegoż drewna masywne biurko, zasypane papierami, przy którym na olbrzymim fotelu, obitym skórą zasiada czarnowłosy młodzieniec, całkowicie pochłonięty studiowaniem i przepisywaniem jakichś zapisków.]

[Wilhelm] Jak już powiedziałem Marley był martwy. Takoż zakład ręcznego przepisywania zwojów magicznych B. Marley & Nagash pozostawał już pod nieaktualną nazwą i kierownictwem drugiego z wymienionych panów. Zarówno jeden jak i drugi cieszy/cieszył się niechlubną reputacją dusigrosza i wyzyskiwacza nielegalnych imigrantów z Arabii.

[W tym momencie skromny płomień w piecyku skryby gaśnie zupełnie. Arabski skryba zdejmuje turban i rwie go na trzy części opatulając dwiema dłonie, a trzecią zamieniając na coś w rodzaju szalika. Po chwili zaczyna się jednak trząść z zimna, więc nieśmiało wstaje od swojej roboty i puka do drzwi prowadzących do drugiego pokoju.]

[Nagash] [zza dębowego biurka] Bah! Brednie! Czego? Wejść.
[Hasan] [z silnym akcentem arabskim] Pane Nagash, mnie zimno!
[Nagash] [wracając do papierów] To pomyśl o wydmie, na której się wychowałeś i od razu zrobi ci się gorąco. [zreflektowawszy się] Tylko żeby ci czasem marzenia nie przeszkadzały w pracy!
[Hasan] Odmarznięty palcy mnie przeszkadza w pracy.
[Nagash] Dostałeś już bryłkę węgla w tym miesiącu. Chcesz żebym przez ciebie zbankrutował?
[Hasan] Nie Herr Nagash.
[Nagash] To wracaj do roboty, bo cię deportuję…
[Wilhelm] Nagle nasz cwany imigrant przypomniał sobie o czymś.
[Hasan] [nieśmiało] Herr Nagash… Ale przecie dzisiaj wigilia urodziny Sigmar. Czy nie powinna dziś kończyć wcześniej?
[Nagash] [we wzburzeniu uniósłszy się z miejsca] Ty niewdzięczna kreaturo! Ty nawet nie wierzysz w Sigmara!
[Hasan] Ale to tradycja…
[Nagash] Bah! Brednie! [po chwili] Dobrze! Możesz wyjść pół godziny wcześniej…
[Hasan] [rozradowany] Hura!
[Nagash] Ale potrącę ci to z pensji i jutro zostaniesz dwie godziny dłużej!
[Wilhelm] Jak widzimy, bezwzględnym człowiekiem był Nagash… [ciszej do siebie] Przypomina mi nawet takiego jednego pracodawcę, zatrudniającego pewnego demona w takim jednym zamku…

[Kurtyna zapada]

[Wilhelm] Hasan pognał, zatem radośnie do domu całe pół godziny przed czasem, aby prawie zdążyć na tradycyjną w ich domu kolację o wdzięcznej nazwie: “To, co dzisiaj rozjechał powóz na głównej”. Zły, wstrętny Nagash zaś siedział jeszcze godzinę później niż zwykle. Nie ma się co dziwić, wszak w domu nikt na niego nie czekał! Gdy jednak ubierał już płaszcz i zabierał się do iścia, zdarzyła się rzecz niebywała…

[Kurtyna podnosi się, a w biurze obok Nagasha pojawia się postać z zaświatów… Obdarty, przygarbiony człowiek, którego brudne włosy skołtuniły się na kształt dredów.]

[Marley] Siemandero Nagash, Jah z tobą.
[Nagash] [zaskoczony] Kim jesteś wstrętny obdartusie?!
[Marley] [melancholijnym głosem] Jestem duchem twego zmarłego wspólnika. Przybyłem z zaświatów, aby cię ostrzec!
[Nagash] [próbując chwycić intruza] Bah! Brednie!
[Wilhelm] Lecz, gdy chciał chwycić brudasa za wszarz, jego dłonie przeszły na wylot eterycznego jestestwa Marleya.
[Nagash] A więc to prawda! Jesteś duchem.
[Marley] Tak i przybyłem cię ostrzec!
[Nagash] [z przejęciem] Ostrzec? Czy chcesz powiedzieć, że wszyscy źli ludzie i wyzyskiwacze na tamtym świecie stają się ubogimi obdartusami?!
[Marley] [poirytowany] Nie baranie! Zwolnij tych nielegalnych imigrantów! Urząd skarbowy dobrał mi się przed śmiercią do dupy [wskazując na siebie] i patrz jak skończyłem!
[Nagash] Bah! Brednie! To najtańsza siła robocza w Imperium.
[Marley] [niknąc] Jak sobie chcesz… [znikając zupełnie] Jak sobie chcesz.

[Kurtyna opada]

[Wilhelm] Takoż nie przejmując się nazbyt Marleyem Nagash ruszył żwawo do swego wielkiego ponurego domu położonego, zupełnie przypadkiem, nieopodal cmentarza. Przygotowawszy się do snu, szybko wskoczył do łóżka, co by rano wcześnie wstać i policzyć swe pieniądze.

[Kurtyna idzie w górę. Sala sypialna Nagasha. Olbrzymie łoże z baldachimem, w nim sam przedsiębiorca w szlafmycy z gustowną wyszywaną ozdobą w kształcie małej czaszki. Obok łóżka komódka, misa i lustro.]

[Wilhelm] Jak widzimy wszystko cacy, gdy nagle…

[W pokoju zalega mgiełka i pojawia się postać. Jest to dosyć młody człowiek z rozczochranymi włosami i nożycami zamiast palców.]

[Edward] [jękliwym głosem, z charakterystycznym dla duchów zawodzeniem] Naaaagaaaash… Naaaagaaaaash…
[Nagash] [budząc się] Co… e…. co się dzieje? [zoczywszy Edwarda] No nie, znowu eteryczna interwencja… [zaczynając przerzucać rzeczy w szufladzie komódki, do siebie] Gdzie jest moja packa…
[Edward] Nagash, jestem duchem świąt uprzednich.
[Nagash] [wciąż szukając packi] Tak, tak… [chcąc zająć Edwarda] I lubisz podglądać jak śpię, czy po prostu się zgubiłeś?
[Edward] Pokaże ci jak kiedyś obchodziłeś święta, chodź ze mną [wyciągając rękę do Nagasha]
[Wilhelm] Wtem nasz dusigrosz Nagash zaczął zanosić się śmiechem.
[Nagash] [zanosząc się śmiechem] Ach tak? No to dajesz [podając, lecz w ostatniej chwili cofając rękę, unikając jej obcięcia] pokaż mi jak obchodziłem święta.

[Edward skupia się, ale obaj stoją wciąż w tym samym miejscu. Duch rozgląda się zdezorientowany i ponawia próbę ze zdwojonym wysiłkiem. Ponownie nic się nie dzieje.]

[Wilhelm] Niestety Edward, a raczej jego przełożeni, nie przewidzieli, że Nagash nigdy nie obchodził (drań z niego niesamowity, dywersant i zapluty karzeł reakcji), urodzin boga, którego imienia nie wypowiem.
[Nagash] [do Edwarda] I co? Zadowolony? [po chwili] Dobrze, a teraz spadaj, bo noc mi skracasz.

[Edward rozwiewa się niepocieszony. Nagash zaś ziewa, przeciąga się i kładzie się z powrotem do łóżka.]

[Wilhelm] Odhaczywszy nocne spotkanie, Nagash wydaje się zadowolony z ośmieszenia Edwarda. Już ma pieszczoszek zmrużyć oczka, gdy nagle…

[W pomieszczeniu pojawia się młoda kobieta, nieznacznie unosząca się nad ziemią. Na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek, a przed nią bieży baranek, a nad nią lata motylek.]

[Zuzia] [słodkim, ale chłodnawym głosem] Nagash, śpisz?
[Nagash] Bah! Brednie! Jak mam spać, gdy w moim pokoju jakiś palant otworzył poczekalnię do Piekła?
[Zuzia] Chodź zły człowieku, pokaże ci coś.
[Nagash] Ech, już nawet mi się nie chce packi szukać.
[Wilhelm] Takoż zrezygnowany wstaje i ubiera bambosze w kształcie króliczków.
[Nagash] [patrząc z niechęcią na baranka] To było szczepione? [a zoczywszy motylka stara się go zgnieść, ale nie udaje mu się] Bah! Brednie!
[Zuzia] [do siebie] Jak z khornitą normalnie…

[Kurtyna, opada, ale po chwili się podnosi. Na scenie widać wnętrze jakiegoś obozowiska. Prowizoryczne szałasy służą przebywającym tu Arabom za domy. Jest tu również Hasan. Piecze na patyku gołębia nad ogniskiem.]

[Zuzia] Widzisz Nagash? Tak Hasan próbuje wykarmić swoją żonę i dziesięcioro dzieci, z których siedmioro to kalecy…
[Nagash] [wnikliwie im się przyglądając] Hm, ten gołąb…
[Zuzia] [kontynuując] Czyliż nie ogarnia cię poczucie… [nagle zoczywszy, że mówi do pustego miejsca obok siebie] Nagash? [rozglądając się] Nagash?

[Nagash staje zaś nad Hasanem, który go jednak nie widzi.]

[Nagash] Ty cholerny wielbłądożerny, piaskowy robalu! Ukradłeś tego gołębia mojemu sąsiadowi! Doniosę na ciebie! [po chwili] Hm, ale nie… Jak doniosę, to ci obetną dłoń i nie będziesz mógł pracować… A żryj sobie i tak nie lubię tego sąsiada.
[Zuzia] [uderzając się w czoło] Dobra… Ten facet, to nie moja liga.

[Kurtyna opada, po chwili unosi się. Znowu jesteśmy w sypialni Nagasha. Ów stoi tu sam.]

[Nagash] [z satysfakcją] Ha! Widać od razu było, że miękka zawodniczka.

[Już ma wracać do łóżka, ale jakby nagle się zreflektował. Staje chwilę przy nim i wyczekuje.]

[Wilhelm] I faktycznie, nasz mały cwaniaczek słusznie przewidział…

[Pojawia się trzeci duch. Ubrany jest w płaszcz z kapturem, spod którego nie widać twarzy. W ręku dzierży kosę. Zjawa pokazuje na Nagasha.]

[Nagash] Bah! Brednie! Znowu chcecie mi coś pokazać? Eteryczni ekshibicjoniści!

[Kurtyna opada i, jak to bywa, wkrótce unosi się. Nagash i duch stoją nad nagrobkiem na cmentarzu. Zacina deszcz, uderzają pioruny. Duch wskazuje kościanym palcem grób.]

[Nagash] [nie czytając napisu na nagrobku, rozgląda się nagle olśniony] Już wiem!

[Duch wydaje się zdziwiony]

[Wilhelm] [także zdziwiony] Hm? Poważnie wie?

[Nagash] Nic już nie musisz mówić! Zrozumiałem!

[Kurtyna opada.]

[Wilhelm] E, no cóż, jak zrozumiał, to zrozumiał… W takim razie dnia następnego Nagash odwiedził swojego pracownika w jego obozowisku.

[Kurtyna idzie w górę. Sceneria przedstawia się identycznie jak podczas drugiej wizyty ducha. Na scenę wkracza Nagash z jakimś papierem.]

[Nagash] Hasan!
[Hasan] [przerażony] Ach! Herr Nagash… Ja nie zaspać! Ja przyjść zaraz! Nie bić, nie bić!
[Nagash] [dobrotliwym głosem] Nie, nie Hasan. Nie denerwuj się. Dzisiejszej nocy wiele zrozumiałem. Życie, które dotychczas prowadziłem było dla mnie nieodpowiednie. Ale chcę się zmienić! Byłem ślepy Hasanie, ale dobre duchy otworzyły mi oczy.
[Hasan] [zachwycony] To wielki dzień! [niepewnie] Herr chce kawałek gołębia?
[Nagash] E, nie dzięki. Ale za to ja mam coś dla ciebie. [podaje Hasanowi, wokół którego, jak muchy gromadzi się cała rodzina, kartkę papieru]
[Hasan] Co to?
[Nagash] [odchodząc kilka kroków] Życzenia, podwyżka i… [wciąż odchodząc] niespodzianka.

[Hasan zaczyna czytać swej rodzinie życzenia Nagash na głos. Na scenie pojawia się Wilhelm z zaintrygowaną miną. Staje za Hasanem i czyta mu przez ramię. Nagle demon robi wielkie oczy i z dziką prędkością ucieka. Po chwili kartka, którą trzyma Arab wybucha zabijając na miejscu wszystkich w promieniu kilku metrów.]

[Wilhelm] [ze zdziwieniem w kierunku Nagasha] Zdurniałeś? Run wybuchu?
[Nagash] [z podnieceniem] Tak! Duch pokazał mi wczoraj moje prawdziwe powołanie.

[Nagash mamrocze magiczną formułę i Hasan wraz z rodziną wstaje. Wyglądają i zachowują się jak… zombie.]

[Nagash] Ten grób… Kostucha… Nędzne arabskie robale nieświadome potęgi magii pomimo, iż obcujemy z nią każdego dnia w pracy. Wczoraj stało się dla mnie jasne, że powinienem zostać… nekromantą! [ po chwili, odchodząc, w kierunku zombie] Za mną ferajna! Dzisiaj cmentarz obok mego domu, jutro jakieś zawszone państwo, a pojutrze świat!

[Nagash i jego ożywieńcy schodzą ze sceny. Wilhelm chwilę patrzy w kierunku, w którym poszli, następnie otrzepuje liberię z kurzu.]

[Wilhelm] [ku widowni] A morał dzieci z tej bajki taki: rób w życiu to, do czego cię stworzyli, bo inaczej w nocy przyjdzie do ciebie Edward Nożycoręki. [kłaniając się] Dobranoc Państwu.

[Kurtyna opada.]

autor: Aradesh

Przeczytaj informacje na temat wysyłania materiałów

Wynik rzutu:

Najczęściej pobierane materiały

# Plik Rozmiar pliku Pobrania
1 karta postaci 3 MB 4342
2 karta 2ed drachenfels 3 MB 3739
3 altdorf_night 4 MB 3606
4 Zapłata 54 KB 3263
5 BookOfRats 1 MB 3203

Najwyżej oceniane materiały