[Znajoma biblioteczka zamkowa. Na środku znajomy fotel, a w nim znajomy Wilhelm, który przeciera okulary, poprawia szlafrok i popija kakao z kubka. Następnie demon sięga po książkę, leżącą do tej pory, na stojącym obok stole.]

[Wilhelm] [otwierając książkę] Kolejny akt za nami, a więc czas na kolejne interludium. Tym razem mam dla państwa historię osadzoną w nieco innych niż dotychczas klimatach. Opowieść miejsce ma w krainie, w której plaża zgubiła gdzieś morze i teraz stoi jak głupia sama. Prosto z pustyni w wasze ręce, a raczej przed wasze oczy: [ukazując tytuł księgi] <Baśń o Alladynie i Czterdziestu Rozbójnikach Tysiąca i Jednej Nocy>!

[I już ma się zabrać do czytania, gdy wnet rozlega się <O Fortuna> i na scenę wkracza Konstant Drachenfels. Czarnoksiężnik podchodzi do demona i wyrywa mu księgę z rąk.]

[Wilhelm] [zaskoczony] Co się stało panie?
[Konstant Drachenfels] Ktoś musi być Alladynem, co nie?
[Wilhelm] [lekko zawiedziony] Myślałem, że pan chce nim być.
[Konstant Drachenfels] [chłodno] To chyba jednak nie myślałeś. Tobie będzie znacznie lepiej w roli zdechlaka w rajtuzach i fikuśnych ciżemkach.
[Wilhelm] Ale…
[Konstant Drachenfels] Natychmiast.

[Wilhelm poirytowany schodzi ze sceny, a na jego miejscu wygodnie usadawia się Drachenfels, który po chwili mamrocze magiczną formułę. Książka zaczyna lewitować przed jego twarzą.]

[Konstant Drachenfels] Tak lepiej. [odchrząkując] A więc… Dawno, dawno temu w jakiejś dziurze na dupie świata, najprawdopodobniej nawet za Łomżą, była duża, brzydka i nudna pustynia, gdzie jednak mieszkały, tfu, działy się same dziwy.

[Kurtyna opada. Po jakimś czasie unosi się ukazując… piach. Morze piachu. Po środku piachu zaś w upale słonecznym, ocieka potem Wilhelm. Ma na sobie śmieszne, szerokie, tureckie, czerwone gacie, złote ciżemki i azjatycki kubraczek. Na głowie zaś ma niewielką, turecką, czerwoną czapeczkę, ze złotym frędzlem, który wydaje się wciąż opadać mu na twarz, pomimo iż co chwilę go zdmuchuje.]

[Konstant Drachenfels] [zza sceny] Takoż, po środku niczego, w niesamowitym upale…
[Wilhelm] [patrząc na słońce] Nie tam, nie jest aż tak źle…

[Słychać pstryknięcie palców zza sceny i nagle słońce wydaje się dwa razy większe niż dotychczas, a Wilhelm, niemalże ugina się, pod ciężarem nagłego gorąca.]

[Wilhelm] [zduszonym głosem] Dobra… Żar się leje z nieba.
[Konstant Drachenfels] Otóż to. Takoż, po środku niczego, w [z naciskiem] niesamowitym upale stał sobie Alladyn, który widać nie miał nic innego do roboty, jak iść i zgubić się na pustyni.
[Wilhelm] To ja, Alladyn. [zmartwionym głosem] Zgubiłem się na pustyni.
[Konstant Drachenfels] I nie wiedział głupek, co ma począć.
[Wilhelm] Oj biada mi, biada.
[Konstant Drachenfels] Gdy wtem usłyszał tętent kopyt, a wkrótce potem zobaczył jeźdźców. Jako, że był biegły w matematyce, to szybko policzył, że…
[Wilhelm] Jest ich czterdziestu!
[Konstant Drachenfels] A po przytroczonych do pasów uciętych głowach, mieczach, krwawych spojrzeniach i bezwzględnych, nienawistnych wyrazach twarzy rozpoznał, iż byli to…
[Wilhelm] Ogrodnicy podczas ataku stonki ziemniaczanej!
[Konstant Drachenfels] …
[Wilhelm] Ludzie, którzy jedli na śniadanie to, co ja!
[Konstant Drachenfels] Nie…
[Wilhelm] Poborcy podatkowi?
[Konstant Drachenfels] Prawie.
[Wilhelm] Rozbójnicy!
[Konstant Drachenfels] Odgadłszy wreszcie tożsamość jeźdźców Alladyn…

[Wilhelm unosi do góry kciuk i wystawia prawą nogę do przodu]

[Konstant Drachenfels] Co ty kurde robisz?
[Wilhelm] Stopa łapie, może wiedzą, gdzie jest wyjście z pustyni.
[Konstant Drachenfels] Ta czapeczka korekcyjna cię chyba uciska.

[Rozbójnicy zatrzymują się przy Wilhelmie.]

[Wilhelm] [radośnie] Aloha barbarzyńcy! Jestem Alladyn. Mogę się z wami zabrać do najbliższej oazy?
[Abdul] Jasne, ale najpierw pojedziemy do naszej kryjówki, gdzie szef cię wyceni i zakuje w łańcuchy. Dopiero wtedy pojedziemy cię sprzedać do najbliższej oazy.
[Wilhelm] A… Takie buty. [nagle wybałuszywszy oczy, pokazując palcem za plecy rozbójników, histerycznie] O rany julek! Atak robala piaskowego!

[Wszyscy rozbójnicy odwracają się, a wykorzystując ten fakt, Wilhelm zakopuje się w piachu.]

[Abdul] Nie ma żadnego robala… [odwracając się ponownie] Ej! Zwiał nam.
[Ahmet] Ech, no nic. Musimy wracać z pustymi rękoma do Ali Baby…

[Nagle piasek u ich stóp zaczyna… rechotać.]

[Abdul] Grzechotnik!
[Wilhelm] [wyłaniając się spod piachu w konwulsjach śmiechu] Że… że jak się zwie wasz herszt?! Ale Baba?!
[Ahmet] Ali Baba!
[Abdul] Brać go!

[Kurtyna opada]

[Konstant Drachenfels] No i zabrali Alladyna do swej pieczary, gdzie czekał go straszliwy Saddam Husajn.
[Sharankiel] [z budki suflera, machając zieloną łapą] Ali Baba!
[Konstant Drachenfels] Ali Baba. Przepraszam, epoki mi się pomyliły.

[Kurtyna unosi się ukazując wnętrze pieczary pełnej skarbów. Przy ścianach stoi czterdziestu rozbójników, a na środku pomieszczenia, na górze złota zasiada sam Ali Baba w wielkim turbanie, dzierżący lampę oliwną. Przed hersztem zbójców zaś stoi, rozglądający się aktualnie łakomym wzrokiem po pomieszczeniu, Wilhelm.]

[Ali Baba] Jam jest Ali Baba!
[Wilhelm] Mhm. [pokazując na zbójców] A to twój harem?
[Ali Baba] Jak śmiesz?!
[Wilhelm] Słuchaj, powiem ci, że słyszałem o różnych ksywkach transwestytów… Dana International, Mike Tyson… Niemniej jednak <Ale Baba> to nowość.
[Ali Baba] [wymachując groźnie lampą] Jeszcze jedno słowo, a każę ci urżnąć język!
[Wilhelm] [machając dziwnie ręką] A pfe, ty brutalu! [dostrzegając przedmiot w dłoni Ali Baby] Ty, a co to za lampiszon?
[Ali Baba] Ha! To przywieźli moi ludzie z grabieży oprócz ciebie… [uważnie oglądając przedmiot] Właśnie się zastanawiam, co opchnę drożej, ciebie, czy to żelastwo.
[Konstant Drachenfels] Ale jako, że Alladyn w ciemię nie bił bity… Tylko we wszystko inne od czasu do czasu… I słyszał historię magicznej lampy, postanowił zastosować niecny fortel…
[Wilhelm] Pójdę drożej jako stojak na lampę!
[Ali Baba] Hm… [rzucając Wilhelmowi lampę] Masz w sumie rację.
[Wilhelm] Ha ha! Mam lampę! Teraz mogę z niej wypić i nie wyleje!
[Konstant Drachenfels] Chyba test na wiedzę o magicznych przedmiotach mu nie wyszedł.

[Demon pociąga łyka z lampy, ale krztusi się i spluwa. W miejscu gdzie splunął pojawia się zaś dżin, ku zaskoczeniu wszystkich zebranych.]

[Dżin] [lekko się chwiejąc] Cholera, uprościliśmy dla tych debilnych Talibów sposób przyzywania w Arabii… Nie trzeba rysować pentagramu, mówić zaklęć, ani nawet poświęcać dziewic. Wystarczy cholera potrzeć… I co? I tak, debil nie zapamięta.
[Wilhelm] Ktoś ty! [mierząc go wzrokiem i podając przymilnie rękę] Bo ja Alladyn.
[Dżin] Jestem dżinem tej lampy i spełnię twoje trzy życzenia!
[Ali Baba] Ej, to moja lampa!
[Dżin] Sorry stary, towar macany należy do macanta.
[Wilhelm] Fajowo, po opodatkowaniu daje mi to w zaokrągleniu całe dwa i pół życzenia.
[Dżin] Ta, zaokrąglijmy do dwóch.
[Wilhelm] [bez namysłu, patrząc po sobie] Chcę nowy ciuch!
[Dżin] Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem!

[Obok Wilhelma pojawia się dokładnie takie samo ubranie jak to, które ma na sobie.]

[Wilhelm] Ech, cholerne demoniczne przysługi. [dostrzegając jednak zbliżających się doń zbójów o groźnych minach] No dobra, to chociaż coś przydatnego zrób w ramach ostatniego życzenia… Zabij wszystkich Arabów w pomieszczeniu!
[Dżin] Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem!

[Wszyscy w jaskini padają martwi, łącznie z Wilhelmem. Kurtyna opada. Przed nią wychodzi zaś Konstant Drachenfels.]

[Konstant Drachenfels] A morał z tej bajki jest taki: Jak chcesz mordować Arabów i walczyć z terroryzmem, upewnij się, że twój stary nie ma na drugie Abdullah. Dziękuję za uwagę i zapraszam na kolejne akty, gdy tylko zawezwę Wilhelma z powrotem z Otchłani. Dobranoc.

autor: Aradesh

Przeczytaj informacje na temat wysyłania materiałów

Wynik rzutu:

Najczęściej pobierane materiały

# Plik Rozmiar pliku Pobrania
1 karta postaci 3 MB 4412
2 karta 2ed drachenfels 3 MB 3785
3 altdorf_night 4 MB 3648
4 Zapłata 54 KB 3300
5 BookOfRats 1 MB 3256

Najwyżej oceniane materiały