©2000 by Sylwester Wróbel

Miecz Równowagi

 

 

Czarna klinga z czarnej ziemi,

Czarne zniesie brzemię.

Jasny połysk klingę mieni,

Jasne przeznaczenie.

Almanach Tere (13,8)

- I co, dycha?

- Dycha, ale jakoś bez przekonania – odpowiedział gnom. – Trza będzie nadłożyć drogi i zostawić go u “Trzech ślicznotek”, bo inaczej zakima się na śmierdź. – Na środku gościńca leżał chłopak. Nie mógł mieć więcej niż osiemnaście, dziewiętnaście lat. Leżał na wznak, a jego kruczoczarne włosy zlepiała skorupa zakrzepłej krwi.

- No to pięknie. – Krasnolud który do tej pory nerwowo chodził tam i z powrotem obok leżącego na drodze chłopaka, teraz teatralnie podniósł ręce i przeciągle westchnął. - Gościńcem się im zachciało podróżować, paczcie ich - królewienki, a jak żem gadał żeby skrótem przez bór, to nie, bo jeszcze kogo potkamy. No to macie tera użerkę, będziecie dzieciaka trzy dni smyczyć. W takim tempie do Melleke ani na wiosnę nie zdążymy, a ci przed śniegiem chcieli dojechać...

- Torhi...

- ... Jeszcze nawet nie wyjechaliśmy z chędożonej Wernardii, a wiecie dobrze, że w koło się miele jak wokół opitej dziewuchy...

- Torhi...

- ... I to jeszcze człowiek, pewnie jakiś czarownicki bękart...

- Torhi!

- Co?

- Zamknij się i zwolnij jednego konia. Poniesiesz część prowiantu.

Gospoda nie wyglądała zbyt okazale, ale widocznie cieszyła się sporą renomą, gdyż przy stajniach popasało osiem koni, a z wewnątrz dobiegał huczny ryk zabawy. Dumny szyld nad wejściem głosił że wstęp wolny jest dla wszystkich za wyjątkiem ghuli, gigantów, strzyg, wampirów, trolli i dzieci.

“Trzy ślicznotki” – jak widniało w nazwie karczmy, były siostrami. Sarhe, Seohe i Suthe miały co prawda posturę i wysokość człowieka, ale wiele cech zewnętrznych, jak krągła twarz, migdałowe oczy, czy też drobne ręce były typowymi atrybutami niziołków. Należały do rodziny mieszańców, humanoidów którzy w swoim genotypie posiadali wiele różnych cech rasowych, a to za sprawą swoich nadpobudliwych przod-ków... Prowadziły ten lokal już od bardzo długiego czasu. Tak długiego, że jedynie szyld przypominał o ich dawnej, mniemanej urodzie.

Weszli do środka. Momentalnie pochłonął ich gwar i śmiech biesiadników. Goście właśnie kończyli wieczerzać, co widać było po przewadze na stołach kufli nad strawą. W większości byli to krasnaludy i niziołki, którzy zanosili się co jakiś czas salwami śmiechu w odpowiedzi na przedni, sprośny dowcip. W kącie siedział przyćmiony elf nucąc do pustej butelki jakąś smętną melodię, a przy szynku jakiś typek w zarzuconym po samo czoło kapturze dopijał piwo. Zwyczajny, spokojny wieczór w “Trzech ślicznotkach”.

- Sarhe, kruszynko – powiedział najwyższy z przybyłej trójki krasnoludów do jednej ze “ślicznotek”, ciągnąc ją za rąbek szynkarskiej przepaski, która kiedyś z pewnością była biała. – Sarhe, mamy rannego chłopaka... a spieszymy na północ...

- O nie, nie! – odwróciła się do niego ogromna, gruba baba, potrząsając jednocześnie na boki swymi napchanymi jeszcze mięsem policzkami. – Nic z tego Yasp, ostatnio jak mi zostawiłeś rannego, to po wykurowaniu okazał się wampirem. Zaszlachtował mi chyba z tuzin klientów a, o tam, w ścianie, to jeszcze w tynku dziura po osinowym kołku ostała.

- Ale Sarhe, ten to co innego – bronił się krasnolud. – To jeszcze dzieciuch, znaleź-liśmy go na gościńcu.

- Znaleźliście? – Kobieta z wysiłkiem obróciła się od zastawionej ławy i spojrzała na pozostałych dwóch krasnoludów. – O, Torhi, Kirki... starzy wyjadacze. A gdzie Pyro? Czyżby zmądrzał i odłączył się od waszej niecnej szajki?

- Nie zmądrzał... – Kirki podszedł się przywitać. – Czeka na zewnątrz z chłopakiem, kazał spytać czy nie macie może pestek niepomogi.

- A żeby wam brody wyleniały. Nawet zjeść w pokoju nie dadzą... – “ślicznotka” z niesmakiem wstała od stołu strzepując ze swej szynkarskiej przepaski okruszki i resztki kości. – Zanieście go na górę, zaraz tam przyjdę jeno rozleję gościom po jeszcze jednej kolejce bo się coś gwarno robić zaczyna.

- A może to po prostu kiś zgrywus, tera młodzi mają różne świry jeźli chodzi o ubranie – powiedział Kirki przyglądając się dziwnemu krojowi spodni chłopaka i jego koszuli. - Mówię wam, szedł se gościńcem i spotkał kogoś kto nie gustuje w nowoczesnym przyodziewie.

- A ja wam mówię że to czarownik – dorzucił Torhi.

- Czarownik? Taki młody? Przecia on dopiero co kudeł na gębie dostaje. Poluzuj se szyszak.– odpowiedział mu Yasp pukając się w czoło.

- No to może, bo ja wiem, patrykant jaki...

- Po pierwsze praktykant – włączył się do rozmowy gnom, który zmieniał przez cały czas chłopakowi bandaże. - ... A po drugie, to niemożliwe. Wszyscy czarownicy, po ostatnim zebraniu Kapituły wynieśli się z tych stron, na południe, do Błękitnej Wieży.

- No to kim on według ciebie jest Pyro, hę?

- Może za chwilę sam nam to powie – powiedział gnom i bez pośpiechu wyciągnął z kubka, w którym jeszcze jakiś czas temu parował wrzątek, podłużną pestkę. Obrał ją z ciemnozielonej skórki, a izbę wypełnił przenikliwy, kwaśny zapach. Gnom bezcere-monialnie włożył chłopakowi palce do ust i wepchnął pestkę pod język.

Zadziałało natychmiast.

Pacjent zaczął krztusić się i kaszleć, łzawiąc i śliniąc się przy tym soczyście.

Gnom z zadowoleniem pokiwał łysiejącą już głową. – Mówią, że nic tak nie stawia chorego na nogi, jak kuracja z jednej pecki niepomogi.

- Gdzie ja... khhh, kto... kim, khhh... wy... – wymamrotał, poczym prawie momental-nie opadł z powrotem na łóżko.

- Zdaje się że wszystko w porządku, przez najbliższe dni jedynie mogą pojawić się hmm, niespodzianki związane z wydalaniem moczu – gnom wstał od łóżka i zaczął zbierać do torby swoje medyczne specyfiki i narzędzia. – No cóż, nawet najlepsze leki mają swoje skutki uboczne... Sarhe - zwrócił się do “ślicznotki” - przyślij tu potem kogoś żeby mu zmienił bandaże. Chłopak ma złamane cztery żebra i nieźle oberwał po głowie. Uważajcie na jego rękę, chyba też jest złamana, na wszelki wypadek usztywni-łem ją deszczułkami.

- A my chodźmy coś zjeść – dorzucił Kirki. – Jutro zaraz z rana wyruszamy. Musimy nadrobić te trzy stracone dni.

- ... A on się ją pyta: Co, za mały? A ona że nie, nie, i zaczyna go macać po nogawi-cy... – Krasnoludowi odpowiedziała burza śmiechu zebranych biesiadników. Mimo późnej godziny gospoda bawiła się w najlepsze. Wszyscy mężnie wytrwali w szybko ponawianych przez “ślicznotki” kolejkach miejscowej gorzały, która nosiła dumną nazwę “Waligóra”. Wszyscy, oprócz elfa, który zasnął zwaliwszy się wpierw pod ławę i typka w kapturze, który wyszedł niedługo przed północą.

- A opowiedz ten o trollu, co przyszedł do elfiego burdelu... – Kirki wymownie zaczął zachęcać jedną ręką Yaspa do opowiedzenia kolejnego dowcipu, a drugą ocierał sobie jeszcze łzy z oczu od poprzedniej salwy śmiechu, gdy drzwi gospody otwarły się z hukiem i stanął w nich dwumetrowej wysokości rycerz po nos zakuty w czarną, lśniącą zbroję.

Wszyscy nagle umilkli. Gdzieniegdzie przelatywały tylko ciche szepty:

- O w mordę ghula... to Karneor...

- Podobno widuje się ich coraz częściej w Wernardii...

- Spójrzcie przez okno... jest ich chyba z dwudziestu...

Po spektakularnej przerwie ciszy rycerz w czarnej zbroi skończywszy omiatać wzrokiem zgromadzonych w gospodzie wreszcie przemówił dziwnie suchym i wynatu-rzonym od zamkniętej przyłbicy głosem.

- Szukam człowieka.

- W tej izbie nie ma żadnego – zadziornie odpowiedział Torhi.

- Widzę karle, oczy sprawne mam jeszcze. Jak powiadam, szukam człowieka. Nie jakiegoś tam zawszonego homita, ale czystej krwi człowieka. Mężczyzna, rosły, z pobielaną brodą, może widział kto, a może kto na złoto łacny? Hę? – Rycerz wyciągnął sakwę i postawił na szynku.

Ktoś powstrzymał odruchowo jedną ze “ślicznotek” która na słowo “zawszony homita” gotowała się już do adekwatnej, równie wyszukanej riposty.

- Wywierć se dziurę w tych swoich pordzewiałych gatkach i wsadź sobie to złoto w dupę. – Bąknął pod nosem Torhi.

- Coś ty powiedział karle?! – Rycerz, niespodziewanie płynnie i szybko, mimo ciężkiej z wyglądu zbroi, wykonał kilka kroków i znalazł się tuż obok krasnoluda. Zanim ten zdążył zareagować, wisiał już w powietrzu trzymany jedną ręką przez czarnego rycerza. – Posłuchaj no pokurczu, chyba nie zdajesz sobie sprawy z kim masz do czynienia. Jestem Karneor, z ramienia Marathora mianowany diukiem północnych rubieży, zwany przez tych co mnie już spotkać zdążyli “Mrocznym”...

- Rzeczywiście... – wymamrotał Torhi, huśtając lekko w powietrzu nogami – znam cię zaledwie od kilku chwil i też uważam żeś jest ciemny...

Rycerz prawie bez wysiłku rzucił krasnoludem o przeciwległą ścianę, tak, że gdy ten spłynął po niej na zastawioną gorzałą i resztkami jadła ławę, w tynku pozostał wyraźny ślad wgniecenia. Prawie natychmiast zabłysnęły miecze i topory. Grupka krasnoludów i niziołków skoczyła naprzeciw rycerzowi okrążając go szczelnie z każdej strony. Karneor nie dał im długo czekać. Pierwszemu przesłał tak mocnego kopniaka, że poleciał gdzieś za szynk, jednocześnie wyciągnął z pochwy długi ciężki miecz i wykorzystując siłę odśrodkową szerokiego zamachu ciął nim na odlew prawie rozrywając na pół dwoje niziołków. Świsnęły topory, ale w tej samej chwili do środka wpadł oddział straży przybocznej rycerza.

Zaczęło się piekło.

Dwudziestu rosłych osiłków wnet oswobodziło Karneora wykorzystując zamieszanie jakie spowodowali swoim nagłym wtargnięciem. Ale to nie trwało zbyt długo. Po chwili wszyscy biesiadnicy, którzy jeszcze kilka chwil temu zabawiali się podszczypu-jąc młode kelnerki, teraz raźno, choć chwiejnie, skoczyli w wir walki. Mimo sporej ilości kolejek Waligóry, jaka przelała się tego wieczoru przez gardziele biesiadników, oddział czarnego rycerza ponosił początkowo znaczne straty, głównie od krasnoludzkich toporów, które podczas walki w zamkniętym pomieszczeniu, przy małej odległości między przeciwnikami były o wiele skuteczniejsze od długich i ciężkich mieczy. Ale szala powoli zaczęła się przechylać na stronę oddziału Kerneora, który przewyższał krasnoludów i niziołków siłą, był liczebniejszy i co najważniejsze trzeźwy.

Podłoga zaczęła z wolna pokrywać się trupami. Tymczasem na półpiętrze, za jedną z licznych szpar w krzywej do bólu balustradzie oplatającej schody, pojawiło się oko. Oko należało do chłopaka z obandażowaną głową, który zbudził się i z trudem zwlekł się z łóżka aby poszukać kogoś kto powiedziałby mu gdzie właściwie się znajduje. Widząc jednak co dzieje się na dole, postanowił jeszcze na moment powstrzymać się od zadawania pytań. Skulony patrzył jak kilka stóp poniżej wrzała krwawa bitwa. Patrzył na dziwnych karłów, rycerza kręcącego młyńca ogromnym mieczem i bandę ogromnych, identycznych osiłków o łysych głowach. W dodatku, oprócz krwawych scen walki do jego uszu dolatywały jeszcze słowa, które już całkowicie zdezoriento-wały chłopaka.

- W łeb Kirki! W łeb! Tego z lewej – wołał gnom. Tera! Bo nic nie widzi!

- ... Psiamacie chędożone! Posmakuj no jeno mojej żylety pokurczu!

- Sam se posmakuj, co to ja kiper?!

- Bij! zabiiiij!! – Krzyknął jeden z łysych i ruszył z impetem na zwartą grupę karłów, chcąc widocznie ją rozbić. Nawet nie wyhamował gdy wyleciał z jej drugiej strony z poderżniętym gardłem.

- ... I co? Głupio ci teraz? – rzucił mu przez ramię na pożegnanie jeden z niziołków.

- Żnijcie po ryjach a nie po dupie! Szkoda czasu na głupoty – krzyknął któryś z krasnoludów. – To nie są wiejskie dziewuchy jeno Marathorskie psubraty!

Po niedługim czasie broniło się już zaledwie tylko trzech krasnoludów, dwa niziołki i jeden gnom, który z wprawą oślepiał napastników białym, śmierdzącym proszkiem, wystarczająco długo aby wystawić ich tym samym na ostrza krasnoludzkich toporów. W oddziale czarnego rycerza pozostało zaś jeszcze aż dwunastu łysogłowych osiłków, którzy powoli zaczęli przypierać grupę karłów do ściany. Gdy od ciężkiego miecza Karneora zginęło ostatnich dwoje niziołków, krasnoludy zaczęły powoli się wycofywać. Z pewnością oni także podzieliliby los swoich krewniaków, gdyby nie to, że niespodziewanie ktoś nadszedł im z pomocą.

- Karneorze Mroczny – nagle gdzieś z tyłu dobiegł szorstki i lekko zachrypły głos. – Zdaje się że to mnie szukałeś, a nie bandy pijanych koboldów. Oto jestem – powiedział przybyły człowiek. Spokojnie zdjął kaptur i zrzucił na ziemię swój ciężki płaszcz. Mężczyzna miał nadzwyczaj młodzieńczą twarz, wręcz nie pasującą do ciężkiej postury ciała oraz siwiejących już lekko włosów i brody. W jego ręku lśnił miecz. Miecz na który wszyscy obecni w gospodzie skierowali swój wzrok. Miał pięć stóp długości i był idealnie czarny. Był też wyjątkowo płaski. Nieznajomy powoli okręcił go w dłoni tak, że na moment wydawało się, że miecz rozpłynął się gdzieś w powietrzu, ale zaraz potem znów powrócił hipnotyzując swoim połyskiem. Tuż nad rękojeścią, po obu stronach, z ostrza wyrastały po dwa perfekcyjnie wyprofilowane zęby, na kształt języków ognia. Czarnego ognia.

Chłopak z bandażami na głowie zamknął usta i przełknął ślinę.

Rycerz znieruchomiał. Powoli, nie spuszczając wzroku z czarnego miecza, przesunął się w stronę drzwi gospody, aby mieć w razie czego więcej miejsca do manewrowania swoim ciężkim orężem. Spojrzał jeszcze na grupkę ocalałych krasnali i gnoma. Jedno skinienie głowy wystarczyło, żeby banda osiłków rzuciła się i związała całą podchmie-loną i oniemiałą z wrażenia gromadkę.

- Słucham tedy – człowiek z czarnym mieczem powoli zaczął podążać za rycerzem, nie wychodząc jednak z pozycji otwartej, wciąż gotowy w każdej chwili do obrony bądź ataku. – Szukałeś mnie, cóż więc tak naglącego masz mi do przekazania.

- Orth... - spod przyłbicy rycerza wydobył się jeszcze bardziej paskudny i zdwojony echem hełmu głos. – Ty nędzny jarmarczny sztuczkarzu, oddaj coś skradł. Łaskawy pan twój, Marathor, daje ci szansę na ułaskawienie, jeno oddaj mu miecz, a czyn twój haniebny pójdzie w niepamięć.

- Miecza żąda? Jeno tego? – człowiek zaśmiał się gromko. – A ja żem już myślał że wysłał całą tą watahę co by mnie ubiła, a to przecie jak słyszę jeno komitet poselski.

- Orth, zawrzyj się i dawaj ten miecz, a nikomu nic się nie stanie.

- Nic się nie stanie? – człowiek znów zaniósł się śmiechem rozglądając się jedno-cześnie po pobojowisku które kiedyś było karczmą. – Wiesz co, a może ty go po prostu sam sobie weź. – Ostatnie słowa człowieka zabrzmiały sucho i wyzywająco.

- Niech i tak będzie. Ale nie tu. Na dworze. – Odparł rycerz, poczym odwrócił się i powoli wyszedł przed gospodę zataczając wzrokiem po rozległym placyku.

- Taak... – dodał pod nosem. – Taniec wymaga dwóch rzeczy, partnera i przestrzeni...

Zaatakował z półobrotu. Znienacka. Mierząc odległość od swojego przeciwnika idącego za nim jedynie na podstawie głosu jego kroków. Ale człowiek był szybki. Momentalnie sparował atak rycerza. Klingi mieczy na moment zwarły się zasypując walczących deszczem iskier. Dopiero w tym momencie, gdy na sekundę oba miecze znalazły się tak blisko siebie, można było zauważyć że broń człowieka jest nieporówny-walnie mniejsza od oręża rycerza. Czarny miecz wyglądał niczym śmiesznie mały kordzik przy ogromnym żelazie Karneora.

Odskoczyli. Obaj niezwykle lekko, choć rycerz nieco wolniej. Zaczęli powoli się okrążać. Spokojnie, analizując każdy kolejny ruch bioder, każdy krok, każde drgnienie miecza przeciwnika. Tymczasem część żołnierzy Karneora wyszła na zewnątrz aby przypatrzeć się walce.

Tym razem powietrze pierwszy przeszył czarny brzeszczot. Od góry, lekko z ukosa, mierząc w szczelinę naramiennika pancerza. Nie dotarł do celu. Zwinnie sparowany od dołu, przy nienaturalnie wręcz zgiętych nadgarstkach rycerza, który posłał tym samym czarne ostrze wysoko w górę, tak, że omal nie wyleciało ono człowiekowi z ręki. Odsłonił na moment korpus. Rycerz właśnie na to czekał. Zamach w lewo i poziome cięcie. Człowiek w ostatniej sekundzie wygiął się niczym łuk odskakując maksymalnie do tyłu z mieczem wciąż uniesionym jeszcze w górze. Ale to nie pomogło. Końcówka ogromnego miecza dosięgła jego torsu znacząc ubranie poziomą linią czerwieni. Kolejny zamach. Cięcie na odlew. Odskok. Zamach. Cięcie. Odskok. Człowiek wypadł całkowicie ze swego rytmu walki. Wreszcie ostatkiem sił zacisnął oburącz dłonie na rękojeści czarnego miecza, ukląkł na jedno kolano i sparował szarżę rycerza wbijając miecz pionowo w ziemię. Żelazo ze świstem przeszyło powietrze i uderzyło w chroniącą człowieka głownię. Wszyscy byli pewni że płaski brzeszczot złamie się pod impetem ogromnego miecza.

Nie złamał się. Nawet się nie wygiął.

Rycerz widocznie zaskoczony dał chwilę wytchnienia swemu przeciwnikowi, którą ten skrzętnie wykorzystał na szybki przewrót w bok i zajęcie pozycji wyjściowej. Znów rozpoczął się misterny taniec dwojga dostojnie okrążających się wojowników. Nocne powietrze wypełniła głucha muzyka, której melodię znała jedynie sama śmierć.

Poprawił swój prowizoryczny temblak i powoli zszedł po schodach, szczelnie kryjąc się za balustradą. Nie był pewien czy to co robi ma jakiś sens, ale gdzieś w głębi czuł, że aby wyjść cało z tej nienormalnej sytuacji musi zająć jakieś stanowisko.

Przy skrępowanej grupce karłów został tylko jeden strażnik, widocznie naburmuszo-ny, że to właśnie jemu przypadła najnudniejsza robota podczas gdy reszta dopinguje walczącym na dworze. Stał oparty o framugę drzwi zerkając co jakiś czas to na pojedynek, to na skrępowanych na ziemi jeńców.

Chłopak lekko kuśtykając przemknął pod dwoma stołami po drodze wyciągając z pleców jednemu z zabitych długi zakrzywiony nóż. Wymownie przytkał do swoich ust palec zdrowej ręki i zakradł się do związanej grupki, w której nagle obudziły się nadzieje na przeżycie.

Już miał rozcinać pęta drugiemu krasnoludowi gdy strażnik z niezadowoleniem, kolejny raz rzucił okiem na swych podopiecznych. Chłopak momentalnie przykleił się do przewróconej ławy. Strażnik omiótł pobieżnie wzrokiem leżących na ziemi i szybko wrócił do poprzedniego zajęcia.

W końcu wszyscy zostali oswobodzeni.

- Na brodę mojej babki - wyszeptał do niego Kirki, masując sobie zdrętwiałe nadgarstki. - Nigdy nie przypuszczałem że powiem to kiedyś człowiekowi, ale... dzięki, bracie.

Kolejne zwarcie. Tym razem nieco dłuższe. Oboje byli już mocno wyczerpani.

- Poddaj się, nie masz szans, jesteś zmęczony... – dobiegł głos z przyłbicy.

W odpowiedzi otrzymał wyjątkowo silny cios, który jednak wyhamował na długiej klindze miecza rycerza.

- Widzisz... – dodał Karneor parując kolejne uderzenie i lekko się cofając aby dokończyć zdanie – to twój... – nie dokończył. Dwumetrowy rycerz nagle zapadł się pod ziemię.

Podwórze gospody okryte już lekką mgłą zbliżającego się świtu wypełniła nagle cisza. Umilkły krzyki i gwizdy dopingujących rycerza osiłków.

Dopiero po chwili człowiek z czarnym mieczem zauważył że w miejscu w którym nagle zniknął jego przeciwnik znajduje się studnia.

Ciszę przerwał przeciągły krzyk.

W drzwiach gospody jeden z łysych członków oddziału osunął się na kolana i powoli opadł twarzą na próg. Z pleców wystawał mu krasnoludzki topór.

Grupka oniemiałych aż do teraz kibiców-osiłków rozdzieliła się na dwoje. Jedna część pobiegła w kierunku studni, druga do gospody.

- Psie nasienie! – Krzyknął pierwszy z wbiegających do gospody, poczym wpadł w białą chmurę pyłu wyrzuconą przez gnoma. Zdążył się jeszcze zakrztusić i przetrzeć oczy zanim Torhi zdzielił go toporem.

Kolejnych dwóch przedarło się zaraz za nim, prosto pod ostrza pozostałych dwóch krasnoludów.

Tymczasem chłopak postanowił na jakiś czas zaszyć się w jednym z pokoi gospody. Kuśtykając przedarł się przez dywan trupów zaścielający podłogę i ruszył w kierunku schodów. Nagle przez błoniaste okno do środka wpadł jeden z osiłków.

Chłopak zamarł.

Intruz rozejrzał się po pomieszczeniu i ruszył w jego kierunku.

W bandażach i z temblakiem na ramieniu młody człowiek zaczął się cofać, szukając rozpaczliwie wzrokiem jakiejś broni.

Znalazł.

Napięta kusza dumnie przyozdabiała ścianę gospody, wisiała tuż pod górną częścią balustrady, obok wypchanej głowy dzika.

Skoczył na schody. Nieudolnie zaczął wdrapywać się na górę pomagając sobie zdrową ręką. Oprawca był już tuż za nim.

Wychylił się przez balustradę tak mocno, że omal nie spadł na dół. Dosiągł kuszy wręcz końcami palców.

Wierzył że mu się uda. Wycelował. Zwolnił zamek mechanizmu.

Łysogłowy zatrzymał się tuż przed nim, z podniesionym nad głową mieczem. Zamarł, słysząc głos jęczącej cięciwy. Złapał się odruchowo za pierś po czym lekko uśmiechnął.

W kuszy nie było bełtu.

W tej samej chwili coś pochwyciło go w bok, rzucając nim o pobliską ścianę. Tym czymś był topór, który w jednej chwili zamienił jego czerep w bezkształtną miazgę.

Chłopak niepewnie zerknął w dół, przez balustradę. Jeden z krasnoludów spojrzał na niego, podniósł rękę i po chwili zniknął w drzwiach gospody.

Na zewnątrz toczyła się jeszcze walka.

Człowiek z czarnym mieczem zdołał położyć dwóch napastników, jednakże trójka pozostałych przypierała go już pod drewnianą ścianę gospody.

Nie zdążył sparować jednego z uderzeń.

Proste pchnięcie. W sam żołądek.

Zaraz potem usłyszał krzyki krasnoludów. Osunął się, jakby jeszcze nie dowierzając. Patrzył jak jego przeciwnicy zostawiają go kierując się w stronę przybyłych koboldów.

Zostawili go. Starał się myśleć intensywnie, ale jakaś nieprzezroczysta powłoka powoli okrywała jego umysł. – Zostawili mnie... – pomyślał – uznali że już... – Zamknął oczy.

Kiedy je znowu otworzył ujrzał nad sobą piątkę pochylających się cieni. Jeden z nich polewał mu czymś ciepłym ranę brzucha. Powoli cienie zaczęły posiadać ręce i twarze.

- Odzyskał przytomność – zauważył Kirki.

- Chłop ma zdrowie i kupę szczęścia – rzucił Yasp – gadał żem, że się z tego wyliże.

Nagle człowiek z wciąż kurczowo trzymanym w dłoni czarnym mieczem zatrzymał wzrok na chłopaku z obandażowaną głową. W jednym momencie zerwał się z ziemi łapiąc go za ramię.

- Arneeb... – wyszeptał z trudem.

- Spokojnie! – krzyknął gnom i z pomocą krasnoludów przytrzymał go w pozycji leżącej.

- Arneeb... – wręcz wycharczał człowiek. - ... A więc to prawda... – Lekko się uśmiechnął, ale grymas bólu z powrotem zalał mu twarz. – Arneeb... – dodał, podno-sząc w kierunku chłopaka zaciśniętą na mieczu rękę. - ... To... to twoje przeznaczenie.

Chłopak w brudnych już od kurzu i krwi bandażach nawet nie drgnął nie wiedząc co zrobić.

- Weź... mogę już nie mieć lepszej okazji... - wyszeptał - zachowaj równowagę światła wśród ciemności... ludów wobec wiedzy i... życia pośród śmierci...

Wszystko zalała szara od budzącego się dnia cisza.

Chłopak niepewnie wyciągnął rękę. Uchwycił rękojeść miecza i podniósł go do góry. Miecz był nadzwyczaj lekki. Niespodziewanie, z temblakiem na drugiej ręce wykonał dwa szybkie cięcia w powietrzu tuż nad głowami karłów. Zwinnie wykonał półobrót i w ogóle nie zatrzymując miecza zakręcił nim pełny spin. Kolejny półobrót i miecz znów zawisł nieruchomo wysoko ponad głowami. Pierwsze promienie wschodzącego słońca odbiły się od klingi zamieniając czarny metal w jaskrawą pochodnię.

- Na wszystkie zarazy tego świata... – przemówił wreszcie Kirki, przyglądając się błyszczącym oczom chłopaka, który z milczącym zafascynowaniem okręcał w dłoni lśniący miecz. – Kim ty właściwie jesteś?!

- To Arneeb... – odpowiedział mu dumnie człowiek leżący na ziemi. – Znalazłem go... – poczym znów stracił przytomność, tym razem pozostawiając na twarzy błogi uśmiech zadowolenia.

- Skąd żeś jest człowieku? Bo chyba nie z ziem króla Wernarda, co? – Zapytał Kirki wyrównując konia z wierzchowcem chłopaka.

- Mówiłem wam już że nie wiem... – odpowiedział chłopak, wciąż drętwo trzymając w powietrzu lejce, mimo że byli w drodze już od pół dnia. – ... Nie pamiętam.

- Ha, pojąć dam radę żeś mógł pamięć stracić, ba, imienia nie pamiętać, ale żeby zapomnieć jak się konia prowadzi?... – Z drugiej strony dołączył Torhi, przyglądając się nerwowym ruchom jeźdźca.

- Dajcie mu pokój – krzyknął z tyłu gnom Pyro, powożący wóz z drugim rannym człowiekiem. – Chłopak jest w szoku pourazowym, dostał po głowie to i spamiętać tera imienia swego nawet nie zdoła, ale nie bój nic synku, widziałem gorsze przypadki, a ludziska i tak pierwej acz później rozum odzyskiwali.

- I ta mowa... – mruknął Torhi – jakby mu kto kitu pszczeligo za lica nacisnął.

Chłopak nie odpowiedział, ale powoli zaczął odzyskiwać pewność siebie.

- A tak przy okazji – przełamał wreszcie strach – to gdzie my właściwie teraz jedziemy?

- Słyszeli ta?! – Torhi wymownie wskazał na człowieka kilkakrotnie palcem – “A tak przy okazji”... Niech mi pies oleje nogę! Słyszeli ta, jaki to ma gadane?

- Daj mu pokój Torhi – obrzucił go karcącym wzrokiem Yasp – obcokrajowiec i tyle, spomni se kto je, to i może się zdarzy że ambarasora kiego my potkali.

- Na ambasadora to on mi się jakoś nie zdaje – rzucił z tyłu Pyro.

- To dokąd właściwie jedziemy? – przerwał ich dysputy zniecierpliwiony chłopak.

- Do Gween – odpowiedział mu Kirki. – Faktem, ugadane my mieli co by tam nie zaglądać, ale rzeczy jak widzisz przemogły plany. Odstawimy was do świątyni na kuracyję i wrócimy na swoją drogę. Jesteśmy ci to winni. Fakt faktem to tyś nas z pętów w gospodzie poratował.

Chłopak niezbyt wiele się dowiedział z wypowiedzi krasnoluda o miejscu do którego zdążali, ale wolał już nie zadawać pytań aby nie drażnić swoich towarzyszy podróży.

- A ten drugi, na wozie... co ci miecz darował, też nie znasz? – nie dawał za wygraną Torhi.

- Nie znam. – odpowiedział krótko.

- Co za historyja, otrzymać Dher-kheena i nie wiedzieć od kogo... – Krasnolud poki-wał z niedowierzaniem głową.

- Dher-kheena? – z trudem wymówił chłopak.

- Miecz równowagi – włączył się do rozmowy Kirki – przecie tamten prawił ci o nim całe rano...

- Wspaniała krasnoludzka robota – dorzucił z dumą w głosie Yasp. – O tej stali krążą legendy synku. Ponoć kiedyś należała do samego księcia Urlha. – Wyciągnął rękę aby dotknąć klingi czarnego miecza przywieszonego do kulbaki człowieka. – Nigdy bym wiary nie dał że kiedyś coś takiego na żywca obaczę.

- Ha, musisz być tedy kiś ważny skoro tamten na wozie takie cacko ci darował – rzucił Kirki. – A to imię co ci nadał – dodał po chwili – też nie pamiętasz?

- Arneeb... – powiedział chłopak sam do siebie, jakby starając sobie przypomnieć. – Nie, nie pamiętam...

- Ale tedy, do czasu aż se miana swego nie spomnisz będziemy takowo cię nazywać – Yasp popatrzył człowiekowi prosto w jego czarne jak węgiel oczy. – Bo widzisz synku, przed nami trzy dni drogi do Gween jeszcze, a ja, jakem z kim gadam, ciągle per synku zwracać się nie mogę. Co ty na to Arneebie?

- Niech i takowy bedzie. – odpowiedział z dumą chłopak patrząc jak zareaguje na jego język Torhi. Krasnolud puścił jednak jego wypowiedź mimo uszu poganiając konia i wysuwając się na czoło grupy.

- Zbliż się, proszę – powiedział człowiek. Chłopak posłusznie wyrównał konia do wozu. Byli w drodze drugi dzień i powoli zaczął już radzić sobie z wierzchowcem.

- Arneebie... powiedz, czy to prawda że przybyłeś zza świętego jeziora Nur? – głos człowieka był świszczący i chwiejny.

- Nie wiem proszę pana – odpowiedział grzecznie Arneeb – tamci czterej panowie powiedzieli mi, że leżałem na środku gościńca gdy mnie znaleźli.

- Co za cudaczny język... – zamruczał pod nosem przejeżdżający obok Torhi.

- To święty język! – skarcił go człowiek unosząc się na wozie, poczym zakrztusił się i opadł wyczerpany z powrotem na deski.

- Skąd pan wie że mam na imię Arneeb? – zapytał znienacka chłopak.

Człowiek otarł sobie usta kawałkiem szmaty i spojrzał na niego. – Rozpoznałem cię... Twoja twarz przyozdabia wiele Ksiąg Przejścia... a poza tym jesteś czystej krwi człowiekiem, to rzadkość w dniach dzisiejszych.

- Księgi Przejścia? – zaciekawił się prowadzący wóz gnom. – Studiowałeś Księgi Przejścia?...

- Tak... – odpowiedział niewyraźnie człowiek.

Gnom nagle podniósł lejce i zatrzymał wóz.

- Jesteś czarownikiem?! – Pyro jednym susem przeskoczył na tył wozu stając nad widocznie zmieszanym człowiekiem. – Odpowiedz!

- Co się stało? – podjechał do nich Yasp.

- Tak, jestem czarownikiem... – odpowiedział człowiek.

- No, pięknie! – wykrzyknął Torhi, który także podjechał zobaczyć co się stało. – Od początku wiedziałem że coś z nim nie tak, dwa dni go już taszczymy i co? Czarownik!

- Nie należę do Kapituły – zaczął bronić się człowiek. – Wygnali mnie, odebrali Pierścień...

- Sprawdź! Krzyknął Kirki do gnoma jednocześnie na wszelki wypadek odpinając topór od kulbaki.

- Nie ma. – odpowiedział Pyro przeszukując ostrożnie ubranie leżącego i jego podróżną torbę.

- Zabijecie mnie? – spytał w końcu czarownik.

- Przez ciebie zginęło czternastu naszych braci, tam w gospodzie – przemówił po chwili grobowej ciszy Yasp. – To po ciebie przybyli ludzie Karneora...

- Tak, po mnie przybyli – odpowiedział człowiek swoim świszczącym głosem. – Po mnie i po miecz com skradł Marathorowi. – Wszyscy patrzyli na niego w milczeniu. – Gdyby nie wasi waleczni bracia sam rady bym im nie dał – dodał po chwili – uciekłem z północnych rubieży, tedy zważcie że po ninej innej jeno po waszej jest żem stronie. – Ostatnie słowa przyprawiły go o atak kaszlu. Znów opadł na deski. Z ust potoczyła mu się różowa flegma.

- Jeśli wola taka wasza, zabijcie – powiedział po chwili, ocierając usta kawałkiem szmaty. – Jeśli inna, pozwólcie odjechać z chłopakiem...

- Jak cię zowią czarowniku? – zapytał Kirki.

- Orthoxelius.

- Nigdzie nie pojedziesz więc Orthoxeliusie. – Krasnolud spojrzał na swoich kompa-nów. – W tym stanie nie utrzymałbyś się wierzchem ani jednej stajni. – Kirki skinął na gnoma, a ten posłusznie zajął miejsce na siodle i cmoknął na konie.

Jechali w milczeniu, co raz zerkając na wóz i leżącego w nim człowieka. Wieczorem zatrzymali się na napotkanej polanie, na której rozpalili ognisko.

- ... I nic, absolutnie nic spomnieć sobie nie potrafisz? – zapytał chłopaka leżący na rozciągniętej skórze Orthoxelius, chcąc w jakiś sposób przerwać ciszę panującą wśród zgromadzonych przy ogniu.

- Choruje na amnestię – niespodziewanie odezwał się Kirki zamiast Arneeba.

- Amnezję – poprawił gnom dla którego cisza także stała się już nie do zniesienia. – Ktoś go po łbie zdzielił na gościńcu.

- Coś mi się zdaje, że jednak nie zbóje tak cię urządzili. – Powiedział czarownik podpierając się na jednej ręce, aby lepiej widzieć swoich rozmówców.

- Paczcie go medyk się znalazł – warknął Torhi, nie odrywając wzroku od patyka który strugał z nudów już od jakiegoś czasu.

- Z tego co wiem – ciągnął dalej człowiek nie reagując na uwagę krasnoluda – nie masz żadnych wewnętrznych urazów prócz połamanych gnatów, a skórę masz zaś jeno pooraną przez kamienie.

- Co podejrzewasz? – zapytał szczerze zaciekawiony Pyro.

- Gdybym nie wiedział że znaleziono cię na środku gościńca to bym rzekł zrazu żeś spadł ze skały, albo z jakiego innego wysoka i się poturbował.

- Takem i ja zrazu myślał! – wyrwał się rozochocony gnom, ale zaraz potem się uspokoił czując na sobie zimny wzrok krasnoludów. – Ale jakem gadał – dodał po chwili – w pobliżu ni skały, ni drzewa nawet nie było, jeno trakt pusty.

- Ha, leżał jakoby nieżywy – przyłączył się Yasp. – Już żeśmy go chcieli minąć jeno Pyro się uparł co by sprawdzić.

- I tak stracili my tydzień drogi – podsumował Torhi.

- Z daleka zmierzacie? – zapytał właściwie nie oczekując odpowiedzi czarownik.

- Z daleka – odburknął mu Torhi przyglądając się pod światłem ogniska zaostrzone-mu grotowi patyka.

- Ze wschodniego Efe – powiedział po chwili Kirki.

- Po co mu to wiedzieć?! Toć to czarownik, ciemiężca matek i ojców naszych! – Torhi wstał gwałtownie i rzucił w palenisko strugany pieczołowicie patyk. – Przodki nasze krew przelewali co by takie jak ten tera po świecie mógł deptać, aaa... szkoda pysku otwierać. – Machnął ręką i ruszył w kierunku lasu.

- Gdzie po nocy leziesz? – zawołał za nim Yasp.

- Osuszyć małego – dobiegł głos oddalającego się w ciemność krasnoluda.

- Nie przejmuj się nim – odezwał się po chwili Kirki – Torhi już taki jest.

- Rozumiem go. – Czarownik zmęczywszy się trochę, znowu opadł na skórzane posłanie. – Ale wojna stuletnia skończyła się gdy miałem czternaście lat...

- Fiu, fiu... – zagwizdał Pyro – toś ty młodzik jeszcze, ile ci tej wiosny nabija? Sto? Sto dziesięć?

- Sto siedem.

- He! Rocznik Torhiego. – Zaśmiał się gnom. – Rzekłbyś rówieśnicy.

Arneeb przysłuchiwał się rozmowie z coraz większym niedowierzaniem, wreszcie nie wytrzymał. – Chcecie powiedzieć że żyjecie już przeszło sto lat?!

- A co w tym dziwnego? – odpowiedział mu Kirki – wyglądamy na więcej?

Czarownik, Pyro i Yasp odpowiedzieli mu gromkim śmiechem.

- Ja i Yasp mamy po 157 lat, a Pyro 198 – dodał Kirki sięgając po coś do kulbaki, którą miał za plecami.

- Jesteście braćmi? – zauważył czarownik.

- Tak, Torhi także, choć mama pół wieku się zastanawiała czy wydać na świat takiego niecnotę. – W odpowiedzi Kirki otrzymał kolejną salwę śmiechu, wzmocnioną faktem że rzeczą którą krasnolud wyciągnął zza pleców była odzyskana z gospody butelka Waligóry.

- Ciągniecie na wojnę? – zapytał ni stąd ni zowąd czarownik.

- Dlaczego na wojnę? – odpowiedział mu po krótkiej chwili nagłej ciszy Kirki.

- Skoro podążacie z ziem Efe i jesteście teraz we Wernardii to na linii prostej pozostaje nic jeno Melleke, a tam jak wiadomo pospolite ruszenie.

Krasnoludy przez chwilę przyglądały się człowiekowi w milczeniu. – A skąd ty wiesz o pospolitym ruszeniu? – zapytał wreszcie Yasp. – Toć to nasza wewnętrzna, rzekłbym, sprawa.

Człowiek lekko się uśmiechnął. – Rację macie, magowie myślą że wszyscy ciągną na święto przesilenia. Ale ja żem przecie wam już prawił że czarownikiem nie jestem...

- Ty, a może to szpieg jaki... – rzucił Kirki w stronę Yaspa nie przestając przyglądać się człowiekowi.

- Nie jestem szpiegiem. Poselstwo wiozę.

- Poselstwo? – zapytał z niedowierzaniem Pyro.

- Do Kardasu z ramienia króla Khyr-Khora.

- Nie wierzę – odpowiedział mu po przełknięciu śliny Yasp.

Orthoxelius sięgnął za pazuchę i rozerwał kawałek materiału. Po chwili wyciągnął szary papier ze lśniącą w płomieniach ognia pieczęcią.

- Na cnotę kapłanek Aespen... – wymamrotał Kirki podnosząc pieczęć do światła. – Pieczęcia króla Khyr-Khora, jako żywa... – poczym podał pergamin gnomowi.

- Toś ty poseł krasnoludzki?! – Kirki nie wiedzieć czemu wstał z miejsca i obszedł na około ognisko. – Naszych na wojnę zwołuje! Pomyślał by kto...

Czarownik nie odpowiedział, chowając skrzętnie za pazuchą pergamin.

- Chwila czegoś tu nie kapuję – odezwał się gnom. – Skoro poselstwo wieziesz, czemuś dziś na wozie tego nie powiedział, przecie my cię ukatrupić mogli...

- Nie zrobilibyście tego – uśmiechnął się lekko człowiek. – A nie rzekłem wam wtedy, bom nie był za was pewny. A to li brakuje krasnoludów zdrajców? Niziołków, ba, nawet elf się zdarzy... Ale tera, widzę że na wojnę ciągniecie, to i rzec wam o misji mojej mogłem.

- A chłopak? – zapytał Yasp wskazując w stronę Arneeba który właśnie przed chwilą zasnął skulony pod płachtą jeleniej skóry. – Przecie żeś prawił że chłopaka szukasz.

- Chłopaka szukam od czterdziestu lat. – Odpowiedział bez zbędnych wyjaśnień człowiek spoglądając łagodnie w stronę śpiącego.

- Skąd wiesz żebyśmy cię wtedy, na wozie, nie ukatrupili – zapytał Kirki siadając z powrotem na swoje miejsce.

- Nie zrobilibyście tego – człowiek spokojnie, ze swoim lekkim uśmiechem na wąskich ustach spojrzał w twarze swoich rozmówców.

- Masz, przemyj se ranę od środka – powiedział Kirki podając czarownikowi butelkę Waligóry. Płomień ogniska jakby jaśniej odbił się na jego uśmiechniętej, brodatej twarzy.

- ... Przed zimą zdążyć chcecie? – zapytał Orthoxelius bawiąc się pustym kubkiem. – Nie ma pośpiechu. Starszyzna w Melleke przesunęła daty z wiosny na koniec lata co by większa kupa wojska się zebrała.

- Jako to? – Kirki wyjął pusty kubek z ręki czarownika i wypełnił go po raz kolejny gorzałą. – Rzeczesz że inwazja przesunięta bedzie?

- Chcemy zebrać jak najwięcej ludu. – odpowiedział człowiek odbierając z powro-tem swój kubek.

- Ha! Toć widzisz dobrze że my cię potkali – powiedział Yasp pociągając prosto z butelki. – Kieby nie ty, Torhi poganiał by nas do Melleke na upadłego żeby przed wymarszem zdążyć.

- Właśnie, – zauważył Pyro – a gdzie Torhi?

W tym samym momencie gdzieś od strony lasu dobiegł trzask łamanej gałęzi.

- Torhi? – krzyknął w tamtą stronę Yasp – skowronka znaleźć nie umiesz czy co?

Z ciemności wyłoniła się jakaś sylwetka. Za nią kolejne dwie. Po chwili cała grupa siedzących przy ognisku została otoczona przez szesnastoosobową bandę zarośniętych i przygarbionych typków. Każdy z nich miał po cztery stopy wzrostu i długą pikę w pazurzastej łapie. Poruszali się po polanie prawie bezszelestnie, wykonując co chwilę szybkie ruchy głowy. Do złudzenia przypominali kwoki szukające po ziemi ziaren prosa. Ich wyłupiaste małe oczka szybko omiatały przedmioty leżące wokół ogniska, zaś prawie w ogóle nie zwracały uwagi na zaskoczonych podróżnych.

- Zyrgowie... – wymamrotał cicho czarownik.

- A jakże, Zyrgi jako żywe – dodał cicho Kirki przyglądając się jak jeden ze stworów obwąchuje trzymaną jeszcze w ręku przez Yaspa butelkę.

- Nie wykonujcie żadnych gwałtownych ruchów – wyszeptał człowiek nerwowo spoglądając na jednego z intruzów, który zainteresował się śpiącym chłopakiem. – Jeśli ich nie sprowokujemy wezmą sobie kilka rzeczy i odejdą...

Zyrg bezszelestnie zdjął z Arneeba skórzaną płachtę i zauważył że ten trzyma kurczowo w ręku czarny miecz.

Sięgnął po niego zaciekawiony, jednak chłopak wciąż przez sen trzymał zaciśniętą rękę na rękojeści Dher-kheena. Zyrg szarpnął.

Stało się. Zbudzony Arneeb zauważył nad sobą kosmaty pysk stwora przyozdobiony niepełnym szeregiem długich żółtych zębów. Ciszę polany przeciął krzyk.

- Pysznie... – podsumował sytuację Kirki. Cała piątka leżała już związana na ziemi, na skraju polany. Banda Zyrgów przetrząsała ich ekwipunek i toboły, kłócąc się o co cenniejsze rzeczy.

- Po coś się darł? – skierował pretensje do Arneeba Pyro. – Byś ich nie rozeźlił to i pokój by nam dali, a tera? Jeno paczeć jak na drzewach zawieszą.

Nagle gdzieś z tyłu do grupki jeńców dobiegł szelest. Torhi z ogromnym siniakiem na głowie zakradł się najciszej jak mógł do związanych i zaczął rozcinać im pęta.

- Coś żeś się długo guzdrolił – rzucił mu na powitanie ucieszony Kirki.

Torhi tylko spojrzał na niego spode łba i zwrócił się do Yaspa. – Co teraz?

- ... Osiem, dwanaście, szesnaście... – zamruczał pod nosem krasnolud. – Nie damy rady. Z dwoma rannymi...

- Damy – wszedł mu w słowo czarownik. – Jeno ktoś musi skoczyć na polanę po moją torbę. Mam w niej... – nie dokończył. Polanę wypełnił huk eksplozji. Nagle zrobiło się jasno jak w dzień a niebo zalała kaskada różnokolorowych iskier. Czerwone, zielone i żółte race przecinały ze świstem niebo aby w górze rozprysnąć się na miliony świetlistych punktów. - ... ognie Meerga... – dokończył wreszcie człowiek, gdy z polany uciekł w przerażeniu ostatni Zyrg.

Gdy podeszli go ogniska zastali przy nim dwa martwe stwory, z czego jeden trzymał jeszcze w ręku torbę czarownika, a drugi okrągłą zawleczkę.

Podczas ucieczki, kudłate, człekokształtne stworzenia zostawiły ze strachu prawie wszystkie skradzione przedmioty, łącznie z czarnym mieczem Arneeba.

Torhi uparł się, że należy tej nocy wystawić wartę. Zyrgi jednak więcej się już nie pojawiły.

Nazajutrz rano wszyscy wyruszyli w dalszą drogę.

Miasto wyglądało okazale.

Dwie strzeliste wieże wejściowej bramy otulały pomost szeroko rozpięty nad wstęgą zielonej od glonów fosy. Wokół całego Gween biegła dobrze utrzymana fortyfikacja w postaci dwudziestostopowego obronnego muru, który w równych odstępach, na całej jego długości przyozdabiały obszerne, wartownicze baszty. Miasto znajdowało się na wzgórzu, tak, że nawet z gościńca można było dojrzeć czerwone dachy zabudowań po wewnętrznej stronie muru. Całość widoku upiększał zamek, wieńczący szczyt wzgórza. Kamienne wieże, jakby urwane u szczytu zębiastymi barbakanami, przecinały dumnie niebo patrząc z góry na całe miasto. Pod murami, niczym na polanie pełnej grzybów rosły drewniane chaty podmiejskich wsi. Swymi słomianymi dachami odbijały skośne promienie chylącego się już ku zachodowi słońca.

- Witamy w stolicy. – pokiwał głową Kirki z zachwytem spoglądając na rozpościera-jący się przed nimi widok.

- Mieście pełnym złodziei, kościołów, kurew, opętanych pielgrzymów i lichwiarzy... – burknął pod nosem Torhi.

- Ej, wy tam z tyłu! – krzyknął do nich Yasp. – Co wy tam znowu marudzicie? Musimy się pospieszyć jeśli chcemy zdążyć przed zamknięciem bramy.

Mimo wieczornej pory Gween tętniło życiem. Właściwie to o tej porze dopiero budziło się do życia. Wąskie uliczki zapchane były przez setki homitów, krasnoludów, elfów i niziołków podążających gdzieś ciągle w pośpiechu lub zachwalających swoje wyroby i usługi.

Orthoxelius, Pyro i Yasp pozostali z końmi i dobytkiem zaraz za główną bramą, uznając, że nie warto ładować się z wozem w centrum zatłoczonego miasta. Torhi, Kirki i Arneeb, który uparł się że musi zobaczyć miasto, poszli poszukać szpitala.

Gween, jak przystało na dobrze opodatkowaną stolicę, było schludnie utrzymanym dwunastowiekowym miastem. Setki uliczek z równo ociosanego bruku prześlizgiwały się między obielonymi kamienicami, drewnianymi gospodami i wyrastającymi gdzie-niegdzie dzwonnicami licznych świątyń. Z powodu właśnie tych licznych świątynych przybytków Gween nazywane było także miastem dzwonów.

- Reeeligwie! Pamiątki, paciorki, obrazki świnte przedaję! – Wydzierał się jakiś gnom z nienaturalnie dużym nosem – Kości świntych i zęby pontników!... Tanio! U mnie najtaniej!

Z innej strony dobiegały znów nawoływania jakiejś okrągłej homitki. – Dwudziesto-letnie dziewice! Ludziska okazja! Na mleku kozim chowane! Dziewice! na wynajem i na miejscu!...

Przedarli się przez grupkę młodych niziołków, którzy za wszelką cenę chcieli im sprzedać parę śmiesznie małych, czerwonych bucików i jakiegoś wyleniałego kocura, mającego ponoć zdolność mówienia ludzkim głosem. Ledwie pozbyli się niziołków a już wpadli w ręce piegowatego elfa, który za złocisza potrafił z detalami przepowie-dzieć przyszłość na najbliższe dziesięciolecie.

Wreszcie, w oddali wyłoniła się biała kopuła świątyni. Im bardziej się do niej zbliżali tym bardziej przerzedzały się uliczki.

- Posłuchaj – Kirki zatrzymał się przed wejściem i stanął naprzeciw chłopaka. – To jest świątynia kapłanek Aespen. – Zrobił małą pauzę aby podkreślić powagę sytuacji. – Od tej pory nie odzywasz się, chyba że cię poproszą, nie rozglądasz się za kapłankami i niczego nie dotykasz. Zrozumiałeś? – Arneeb pokiwał miarowo głową nie przestając patrzeć na wysoko umieszczone, zdobione zwieńczenia białych kolumn świątyni.

Weszli do środka. Od razu ogarnęło ich ciepło setek palących się wokoło olejnych lampek. Białe ściany świątyni pokryte były tysiącami ciemnoczerwonych run o charakterystycznym odcieniu ochry. W centralnym miejscu znajdował się ołtarz w kształcie kamiennej ściany, z której skał biło źródło. Przejrzysta, źródlana woda spokojnie spływała po kamieniach wpadając do wyłożonej białym marmurem sadzawki. Po obu stronach bocznych ścian zatopione zostały symetrycznie ogromne nawy, w których skulone, biało odziane dziewczyny oddawały się w skupieniu modlitwie. Arneeb oniemiał. To nie były zwyczajne dziewczyny jakie widywali jadąc gościńcem i w mieście. Kapłanki miały nieskazitelnie gładkie rysy twarzy. Ich delikatna skóra łagodnie oplatała jasne czoło i lica. Większość nosiła jasne włosy, wszystkie zaś ścięte je miały na wysokość ramion. Duże, mądre oczy, lekko zadarte noski i wąskie usta. Wyglądały jak siostry. Arneeb zauważył także, że wszystkie posiadają lekko spiczaste uszy. Nagle Kirki z rozmachem uderzył go łokciem w bok. Chłopak posłusznie przeniósł wzrok z kapłanek na marmurową posadzkę.

- My do starszej siostry – ukłonił się nisko Torhi przed przybyłą im na spotkanie jedną z kapłanek.

Dziewczyna obrzuciła ich szybkim, badawczym spojrzeniem, trochę dłużej zatrzymując się na temblaku i bandażach Arneeba, poczym ruszyła przodem w kierunku bocznej bramy sanktuarium nakazując jednocześnie ręką aby przybyli podążyli za nią.

- Ludzie mogą zostać, wy nie wymagacie hospitalizacji – powiedziała chłodno stara kobieta do krasnoludów i gnoma. – Lokum w mieście znaleźć sobie sami musicie. My nie przytułek a lecznica.

- Tedy tu rozchodzą się nasze drogi – Kirki wyciągnął rękę do Arneeba. – Dowieźć my dowieźli, takowy przysługa twoja spłacona. – Potrząsnął ciężko jego zdrową ręką i poszedł pożegnać się z czarownikiem.

- Trzymaj się synku – uścisnął chłopaka Yasp. – Kapłanki wnet was wykurują... – mrugnął porozumiewawczo okiem.

- Da los, to się jeszcze obaczymy – rzucił Pyro.

- A jakże. Pewnikiem w Melleke bo i mnie tam wiosną droga – dodał uśmiechnięty Orthoxelius.

Do chłopaka podszedł także Torhi, niosąc jakieś zawiniątko za plecami. – Masz – podał mu pakunek – zrobiłem po drodze, co byś się nie pociął tym scyzorykiem. – Arneeb rozwinął prezent który okazał się skórzaną pochwą na jego miecz. Idealnie dopasowaną do opływowych kształtów Dher-kheena.

- Paski możesz skrócić, pojedziesz wierzchem to noś przy kulbace, jak piechotą to przerzuć na plecy. O widzisz, ta sprzączka... – Torhi nie dokończył. Arneeb z radości skoczył ku niemu, objął zdrową ręką i mocno uścisnął. – No już, już – poklepał go po plecach krasnolud – ... musimy zmykać, bo starsza siostra za chwilę wypruje nam flaki – dodał cicho, widząc że stara kobieta z niesmakiem przygląda się broni chłopaka.

- Jutro z rana wyruszamy na trakt – rzucił jeszcze Kirki. – Tedy, komu w drogę czas, ten niech rusza wraz.

Światło leniwie przelewało się przez matowe, wysoko umieszczone okiennice, ochlapując przeciwległą ścianę, kawałek podłogi i powoli napełniając framugę drzwi. W swoim rozmachu obejmowało także wystające spod derki bose nogi Arneeba. Czuł miłe ciepło, które za wszelką cenę starało się nie wypuścić chłopaka z łóżka. Promienie padały już stromym skosem. Dochodziło południe. Tej nocy po raz pierwszy odkrył smak prawdziwego wypoczynku. Miękkie łóżko, czyste posłanie, ciepło i cisza... - Tak, cisza... – pomyślał Arneeb.

Nagle drzwi małego pokoiku otworzyły się i weszła przez nie jedna z kapłanek niosąc w ręku dzbanek z jakimś naparem, chleb i smalec. Nie wyglądała więcej niż na szesnaście lat, cała w bieli i oblepiającym ją świetle słońca wyglądała niczym nadludz-ka istota. Jednakże gdy zbliżyła się do łóżka chłopak zauważył że różni się wyglądem od kapłanek które widział poprzedniego wieczoru. Jej włosy miały kolor złoto-kasztanowy. Jeszcze mocniej zadarty nos niż jej świątynne siostry zalewała setka rudych piegów. I te dziwnie, lekko zaostrzone u góry uszy. Pachniała lawendą. Arneeb nie mógł oderwać od niej wzroku. Swoimi drobnymi dłońmi naciągnęła derkę na wystające stopy chłopaka, potem poprawiła mu bandaże na głowie i sprawdziła czy nie przesiąkają. Jeszcze wczoraj zdjęto mu temblak. Okazało się że ręka nie jest złamana a jedynie silnie potłuczona. Po sprawdzeniu bandaży na klatce piersiowej dziewczyna zabrała drewnianą tacę na której przyniosła jedzenie i ruszyła w stronę drzwi.

- Jak masz na imię? – przemógł wreszcie swoją nieśmiałość Arneeb.

Dziewczyna zatrzymała się i obróciła w jego stronę. Jej duże, migdałowe oczy hipnotyzowały głębokim brązem. Patrzyła na niego przez chwilę nieruchomo, w końcu mrugnęła szybko, jakby chcąc zetrzeć sobie z oczu jego widok. Obróciła głowę i pośpiesznie wyszła zostawiając po sobie jedynie delikatną woń lawendy.

Słońce zdążyło już spłynąć ze ściany na podłogę.

- A co z przepowiednią o której mi mówiłeś. – Arneeb usiadł obok leżącego czarownika, na sztywnym hamaku zawieszonym poziomo na słupach drewnianej altany. Wokół spacerowali po pokrytych już nieco listowiem trawnikach inni kuracjusze. Minęły już trzy dni odkąd przebywali w świątyni, ale tego dnia po raz pierwszy starsza siostra pozwoliła wynieść Orthoxeliusa do ogrodu, uznając że warto by było aby pacjent złapał kilka promieni jesiennego słońca i przeczyścił płuca rześkim, porannym powietrzem.

- Przepowiednia? Taak... – uśmiechnął się do niego czarownik. – Widzisz to nieco zawiła historia i najlepiej będzie jeśli dowiesz się wszystkiego od początku. Ostrzec jednak cię muszę, że nawet ja nie znam wielu faktów, postaram się ci jednak przekazać wszystko to co mi wiadome...

- W zamierzchłej przeszłości ziemie te były o wiele bardziej spokojne niż obecnie. Zdarzały się wojny, ale wojny te toczyły się o terytoria, kopalnie bądź trony. Odkąd pojawił się człowiek wszystko się zmieniło. Nikt nie wie właściwie skąd pochodzimy. Kroniki podają, że pierwszym człowiekiem na tych ziemiach był łaskawy król południa imieniem Meerg. Rządził on prawie i lud mu poddany przez lata wielbił go i wychwa-lał. Jednak z czasem zaczęli pojawiać się inni ludzie. Przewyższali oni rozumem wszelkie inne ludy zamieszkałe pierwej na tych ziemiach, toteż łatwo zyskali władzę i zaczęli zakładać własne królestwa obwołując się magami. Wybuchały konflikty. W armiach przybyłych z nikąd ludzi mieszali się ze sobą krasnoludy, elfy i niziołki. Zdarzało się, że w przeciwnych szeregach stawali przeciw sobie bracia. Ludzie wciąż przybywali. Wciąż wybuchały nowe konflikty. Wreszcie wszystkie rasy postanowiły się zbuntować. Ale rewolucja krwawo została stłumiona. Ludzie tych czasów posiadali piekielne bronie o których nawet ja, adept Akademii, wiem jeno ogólnikowo. Udało im się dopiero za piątym powstaniem. Rasy znów się podzieliły. Jednak ludzie darując ludowi wolność przydzielili tym, co postanowili odejść spod ich panowania, wytyczone obszary, osiedla z których emigranci nie mieli prawa się przemieszczać na inne terytoria. I tak wszelkie niziołki i krasnoludy otrzymały Góry Białe i pustynne ziemie Efe. Sprzeniewierzone zaś elfy i ich krewniaków wypędzono w prastare, święte lasy Ayheolu. Były to miejsca gdzie ludziom nie opłacało się dokonywać ekspansji. Karły dostały skaliste góry i pustynie, a elfy nieprzebyte, dzikie puszcze. Jednak to nie była największa krzywda jaką nasi przodkowie wyrządzili tym ludom. Przez lata wojen ludzie zaszczepili w ich sercach nienawiść do wszelkich innych gatunków. To przyczyniało się do wybuchów wojen rasowych. Ginęły tysiące, miliony, w krwawych rzeziach z których korzyści wyciągali jedynie magowie pozyskując przez wojny sąsiadów wzmocnienie rynku i stałe dochody ze sprzedaży broni. Mimo, że czasy o których prawię, działy się wieki wstecz, wojny wybuchały nadal. Ostatnia z nich zakończyła się 93 lata temu. Była to wojna inna niż wszystkie poprzednie. Musisz wiedzieć, że odkąd przybyli tu magowie pojawiły się nowe rasy mieszańców. Zaczęto widywać też przeróżne stwory szwędające się po lasach. Stwory te były głównie efektem eksperymentów czarowników. Mieszańce zaś, zwane homitami, pochodziły z mieszanych związków ludzi z innymi rasami. Tak z czterech podstawowych ras zamieszkujących te ziemie powstały dziesiątki pochodnych gatunków. Ale to jeszcze nie było najgorsze. Osiem wieków temu pojawiły się całkiem nowe gatunki, nie mające pokrewnych cech ze starymi ludami. Były to mutanty, stworzone przez kilku czarowników, którzy odłączyli od reszty magów i nazwali się Czarnymi. Mutanty miały zapełnić nowe armie do których nie chciały wstępować ani stare ludy ani nawet homici. Hordy mutantów grabiły miasta, paliły wsie siejąc wokół postrach i trwogę. Musiało w końcu dojść do wojny. A wojna ta była wyjątkowo krwawa. Trwała ona całe stulecie i przyniosła wiele ofiar. Jednakże sprawiła, że stare rasy zjednoczyły się przeciwko wspólnemu oprawcy. Po raz pierwszy od wieków w jednym szeregu stanęły elfy, krasnoludy, niziołki i homici. Do zjednoczenia tego nie przystąpili tylko ludzie, zbyt dumni aby walczyć ramię w ramię z ludem który jeszcze kilka wieków wcześniej był im na usługi. To właśnie obojętność magów uznaje się powszechnie za przyczynę klęski wojny stuletniej... Wróg po wygranej wojnie zajął większość najżyźniejszych północnych ziem. Setki kopalń i największe miasta starego świata. Powstało Imperium, na którego czele od 76 lat stoi ostatni z Czarnych Magów - Marathor. Zebrał on pod sobą kilku czarowników, których Kapituła wygnała z Błękitnej Wieży za próby prowadzenia eksperymentów nad tworzeniem nowych, zmutowanych gatunków. Ludy które przetrwały przeniosły się na południe, aby nie podlegać tyranicznym rządom Marathora. Jednak ostatnimi czasy nawet tu zapuszczają się mutanty Czarnego Maga, siejąc postrach i spustoszenie. Szale wagi tego świata niebezpiecznie przechylają się na stronę sił wroga. Marathor tworząc swe imperium zachwiał naturalną równowagę bytów. Prastare rody musiały porzucić swe ziemie, tradycję i kulturę. Stali się uciekającymi wciąż banitami, nie będącymi w stanie zagrzać nigdzie miejsca. Pewnieś słyszał już jak żem z krasnoludami prawił o nowej wojnie co się zbliża. Wojna ta będzie ostateczna, bo albo obalimy imperium, albo imperium pochłonie do końca całe południe. W każdym bądź razie zmieni się porządek całego znanego nam świata. Widzisz, rzeczę ci to wszystko bo całą tą historię od przyjścia człowieka aż do pojawienia się Marathora przepowiedziała dawno temu pewna kobieta. Nikt nie wie jakiej była rasy, stare księgi podają jedynie, że żyła ona w czasach gdy państwa koboldów, elfów i niziołków żyły w pokoju i przechodziły szczyty swej świetności, słowo zaś “człowiek” nie istniało w żadnym z tamtejszych języków. Kobieta nosiła imię Tere a jej wyrocznie spisano w obszernej księdze zwanej Almanachem. Jedna z ostatnich przepowiedni Tere zapowiada upadek Czarnego Maga którego zgładzi ostrze Dher-kheena, Miecza Równowagi, trzymanego w rękach Arneeba, czyli tego który niesie przeznaczenie. Marathor jeszcze jako student Akademii także czytał Almanach Tere i na wszelki wypadek zdobył i ukrył czarny miecz w Smoczej twierdzy, daleko stąd, na północy. Jak wiesz, udało mi się skraść ten miecz... przeznaczenie jest więc w twoich rękach. Legenda staje się rzeczywistością.

- Ale skąd wiesz, że Arneeb to ja... – zapytał chłopak. – Przecież ja niczego nie pamiętam, nie wiem nawet co robiłem w Wernardii...

- Piszą o tobie Księgi Przejścia – odpowiedział mu Orthoxelius.

- To te księgi dla magów, tak? – dodał po chwili namysłu Arneeb. – To przez nie zdradziłeś się przed krasnoludami że jesteś czarownikiem...

- Tak. To księgi dla czarowników. Zostały one napisane przez pierwszych ludzi, którzy przybyli znikąd. Stworzono je aby zachować wiedzę o świecie, naturze i magii. Dzielą się na pięć stopni tajemnicy. Ja dotarłem do trzeciego stopnia. Za każdym przebytym stopniem wydawało mi się że wiem już wszystko o naturze tego świata. Z każdym jednak nowym “przejściem” dowiadywałem się rzeczy których nie mogłem wcześniej nawet sobie wyobrazić. Jednakże istnieją nade mną dwa stopnie, które kryją jeszcze bardziej egzotyczne prawa natury i magię.

- A czy istnieją jacyś czarownicy mający dostęp do czwartego lub piątego stopnia? – zapytał zaciekawiony chłopak.

- Jest ich co prawda niewielu, ale tak, istnieją. Niestety jednym z nich jest Marathor.

- Rozumiem że Księgi Przejścia tak jak Almanach Tere zapowiadają przybycie Arneeba.

- Nie. Księgi to fakty, badania, reguły i instrukcje. Nie ma w nich miejsca na przepo-wiednie i legendy. Rozpoznałem cię, bo kiedyś, 14 wieków temu pewien mag studiując Almanach i badając miecz dokonał twojego opisu na podstawie zawartych w Dher-kheenie mocy.

- To Dher-kheen ma 1400 lat? – Arneeb rozszerzył ze zdziwienia oczy.

- Ależ nie, jest jeszcze starszy – czarownik lekko się uśmiechnął zwężając przy tym jak zawsze usta. – Według legendy został wykuty w krasnoludzkich kuźniach jeszcze na polecenie samej Tere.

Drzwi skrzypnęły lekko. Pyłki kurzu zawirowały w powietrzu które, jak zawsze o tej porze, przecinały słoneczne promienie. Weszła. Jej rude włosy zalała fala jaskrawego światła. Zapachniało lawendą.

Położyła drewnianą tackę i jak zwykle zajęła się bandażami. Nie zostało ich już zbyt wiele. Dwa dni wcześniej zdjęli mu opatrunek głowy i stłuczonej ręki. Delikatnie poprawiła białe pasy lnianej szmaty oplatające mu klatkę piersiową. Miała ciepłe ręce.

- Już wiem, będę cię nazywał Lawenda... – przerwał ciszę Arneeb. – Skoro nie chcesz mi zdradzić swojego imienia, będę nazywał cię Lawenda... – powtórzył czekając na reakcję dziewczyny.

Kapłanka spojrzała na niego niepewnie, jakby bojąc się, że znowu coś do niej powie. Skończyła poprawiać opatrunek, zabrała tacę i ruszyła w stronę drzwi. Przed wyjściem spojrzała jednak ukradkiem w stronę łóżka czując na sobie wzrok chłopaka. Błyszczące, czarne oczy spokojnie przypatrywały się dziewczynie. Tego dnia także żegnał ją jak co dzień łagodnym uśmiechem.

Gdy zamknęła za sobą drzwi napięcie nagle gdzieś uleciało. Oparła się o framugę i spojrzała na drewniany strop korytarza. Zamknęła oczy. – Lawenda... – pomyślała. Na jej twarzy także pojawił się uśmiech.

- Orthoxeliusie...

- Tak Arneebie?

- A jeśli jestem tylko podobny do niego... do Arneeba... – chłopak siedział na ogrodowej ławce i przesuwał patykiem leżące na ziemi liście kasztanowca.

- To możliwe, ale ja wierzę że to ty jesteś przeznaczeniem... zresztą udowodnią to znaki.

- Znaki? Jakie znaki?

- Tego nikt nie wie, ale napisane jest, że przeznaczenie samo ukaże swoje oblicze.

- Ale przecież nie było żadnych znaków...

- Cierpliwość drogą ku wieczności – uśmiechnął się czarownik.

- Orthoxeliusie...

- Tak Arneebie?

- Powiedziałeś kiedyś, że miałeś czternaście lat jak zakończyła się wojna stuletnia...

- Tak, to prawda.

- Przybyłeś więc do tego świata z nikąd jako dziecko?

- Nie – czarownik po raz pierwszy od początku ich rozmowy odwrócił twarz w jego stronę. – Urodziłem się tutaj. Od dwunastu wieków nikt nie dokonał już Przejścia. Jedyni pozostali ludzie to urodzeni naturalnie potomkowie Pierwszych Magów. Widzisz, my ludzie od wieków wiążemy się jedynie ze sobą aby zachować czystość naszej rasy. Kiedyś ludzie wiązali się z innymi rasami z czego jak już wiesz rodzili się homici. Związki te jednak nie były zbyt bezpieczne gdyż zdarzało się iż na świat przychodziły dzieci zdeformowane lub giganty, co zagrażało życiu matki. Odkąd Kapituła wydała zakaz wiązania się ludzi z innymi gatunkami magowie zaczęli unikać kontaktów z elfami, niziołkami, krasnoludami czy też krewniakami starych ludów – gnomami, driadami, oreadami, narejdami i w ogóle wszystkimi obcymi rasami.

- To znaczy że nikt z żyjących ludzi nie dokonał Przejścia?

- Ostatni z Pierwszych Magów zmarł siedem wieków temu. To dlatego tak mało wiemy o samym zjawisku Przejścia. Podobno Pierwsi opisali go i wyjaśnili jego naturę, ale obawiam się iż wiedza ta jest dostępna jeno magom posiadającym piąty stopień tajemnicy. – Czarownik uśmiechnął się do chłopca. – To dobrze, że zadajesz pytania. Starał się będę być twoim mentorem i podle mojej wiedzy udzielać ci odpowiedzi. To pomoże ci przypomnieć sobie kim jesteś. Jesteś młody, musisz jeszcze wiele się nauczyć o świecie.

- Orthoxeliusie...

- Tak Arneebie?

- Czy... – chłopak na moment się zawahał. - ... Czy kapłanki tej świątyni obowiązują śluby milczenia?

- Tak, to świątynia Aespen, bogini czystości i światła. Dlaczego pytasz?...

- Pytam bo... powiedziałeś, że muszę się jeszcze wiele nauczyć...

Kroki na korytarzu. Lekkie skrzypienie drzwi. Jasna postać zanurzająca się w snop światła spadający na ścianę i część podłogi. - Za chwilę dobiegnie zapach lawendy – pomyślał Arneeb. Zapach którego wyczekiwał już od momentu gdy otworzył oczy. Stuk drewnianej tacy położonej na chwiejnym stoliku.

- Wiem, że nie możesz ze mną rozmawiać – powiedział chłopak odkrywając derkę aby mogła obejrzeć opatrunek. – Ale chyba możesz potwierdzać lub zaprzeczać kiwając głową... Lawendo? Przepraszam, mogę cię tak nazywać?

Dziewczyna ku swojemu własnemu zdziwieniu pokiwała na tak.

- Człowiek z którym tu przybyłem powiedział mi, że wy kapłanki świątyni jesteście tu od urodzenia aż do uzyskania pełnoletności, to prawda?

Dziewczyna popatrzyła badawczo na Arneeba i po chwili pokiwała szybko głową potwierdzając jego słowa.

- Ale chyba śluby milczenia nie obowiązują cię do końca życia? – powiedział chłopak patrząc jak zgrabne ręce kapłanki szybko zdejmują bandaże.

Uśmiechnęła się i pokiwała przecząco głową. Wyciągnęła rękę i pokazała dwa palce.

- Śluby trwają przez dwa lata?

Potwierdziła, jednocześnie ściągając stary opatrunek.

- Człowiek z którym tu przybyłem powiedział mi też, że po ukończeniu praktyk świątynnych zostajecie medyczkami i przenosicie się do szpitali i lazaretów.

Potwierdziła. Wyciągnęła z kieszeni jakiś flakonik. W powietrzu zapachniało ziołami i miodem. Dziewczyna zaczęła wcierać delikatnie maść w klatkę piersiową Arneeba.

- Powiedział mi też – ciągnął chłopak – że kapłankami Aespen mogą zostać jedynie pełnej krwi Najady, nimfy źródeł... a więc jesteś nimfą?

Lawenda spojrzała na niego spod swoich gęstych rzęs i lekko się zarumieniła.

- Nigdy nie spotkałem jeszcze żadnej nimfy... – Arneeb najdelikatniej jak mógł chwycił ją za rękę.

Dziewczyna szybko odsunęła się od łóżka patrząc spłoszonym wzrokiem na zawsty-dzonego swoim postępkiem chłopaka. Pośpiesznie ruszyła ku drzwiom, zabierając ze sobą tacę i zapach lawendy.

- A dlaczego ja nie znam języka magii?... – zapytał Arneeb. – Jestem przecież człowiekiem. Czyżbym zapomniał podczas upadku także o magii?

- Jesteś jeszcze młody, zdążysz się nauczyć jej reguł. – Orthoxelius nasączył bandaż żółtym płynem i delikatnie zaczął przemywać sobie zabliźniającą się już powoli ranę brzucha. – Zresztą żyje wielu pełnej krwi ludzi którzy w ogóle nie pałają się magią.

- A ty? Jesteś czarownikiem, ale oprócz tych kolorowych ogni, wtedy na polanie, nie widziałem żebyś czynił jakieś sztuki magiczne.

- Kolorowe ognie? Chodzi ci o ognie Meerga... to miał być mój prezent na zaślubiny księżnej Kardasu... Ale masz rację, nie jestem zdolny do tworzenia magii. Widzisz Arneebie, siedem lat temu sprzeciwiłem się Kapitule, gdyż uznałem, że polityka obojętności magów wobec innych ras jest niemoralna i głupia. Wyrzucono mnie i zabrano Pierścień Żywiołów. Pierścień ten pomagał mi czerpać energię płynącą z ziemi, ognia, powietrza i wody. Bez niego nie potrafię tworzyć magii, co nie znaczy jednak, że straciłem dar tworzenia czarów.

- A ja?... Czy będę kiedyś potrafił?... czy posiadam dar tworzenia czarów?...

- Wszyscy go posiadamy – uśmiechnął się czarownik – ale nie wszyscy potrafią go dostrzec i wykorzystać. Istnieją dwa rodzaje magii. Ale tylko doświadczeni czarownicy potrafią je rozróżnić. Pierwszy to wiedza, drugi to zdolność czerpania z sił natury. Widzisz... – człowiek syknął zaciskając oczy gdy nasączone płótno zbyt mocno podrażniło ranę. – Magia jest nieśmiertelna. Zawdzięcza swą siłę niewyczerpanym zasobom naszej niewiedzy... – Orthoxelius spojrzał tajemniczo na chłopaka. – Właśnie dlatego jest nieśmiertelna.

Weszła niepewnie, spoglądając na chłopaka niczym wystraszony ptak, w każdej chwili gotów zerwać się do lotu. Tego dnia zabrakło złocistych promieni słońca w których mogłaby się zanurzyć podchodząc do łóżka. Zza okna dobiegała monotonna melodia uderzających o szybę kropel deszczu.

- Przepraszam – wyszeptał Arneeb gdy położyła tacę na stoliku obok łóżka. - ... Nie chciałem cię przestraszyć, ja... ty... nigdy nie spotkałem jeszcze tak ładnej dziewczyny...

Kapłanka spojrzała na niego przez moment, poczym zostawiła jedzenie i ziołową maść na stoliku. Ruszyła ku drzwiom.

- Proszę... – chłopak wstał z łóżka odprowadzając ją błagalnym wzrokiem. – Lawendo...

Nagle gdzieś z góry dobiegło głuche uderzenie dzwonu. Dziewczyna zatrzymała się zaskoczona. Uderzenia dzwonu zaczęły przyspieszać, poczym utrzymały swoją jedno-stajną melodię. Po chwili dołączyły się głosy innych dzwonów. Z siły ich głosu można było wnioskować, że rozdzwoniły się wszystkie dzwonnice w mieście. Lawenda spojrzała zaniepokojonym wzrokiem na Arneeba.

Gdzieś z ulic dobiegł jakiś nerwowy, tłumiony przez bijące o szyby krople deszczu krzyk. – Bramy! Bramy a żywo! Pod miasto podchodzą wojska Marathora! Wojna!!! Ludu! Wojna!!!

Wbiegł do jego izdebki, tak samo białej jak ta w której od miesiąca sam przebywał. Jakaś kapłanka pomagała ubrać się Orthoxeliusowi.

Ruszyli szybko korytarzem. Arneeb zauważył, że czarownik co jakiś czas przykłada sobie rękę do brzucha i zaciska zęby. Zwolnił.

Gdy wyszli na zewnątrz natychmiast zderzyli się z chłodnym, gęstym deszczem lejącym się z nieba. Pachniało mokrą ziemią.

Przedostali się na mury, na których przemoczeni żołnierze i obywatele Gween biegali tam i z powrotem przenosząc miecze, łuki, halabardy, drewniane bele, długie tyki do zrzucania drabin i kotły ze smołą. Na pobliskiej strażnicy ustawiano katapultę.

Weszli na barbakan. Silny deszcz nie pozwalał z początku dostrzec niczego oprócz stojącej w dole fosy i kilku najbliższych wiejskich chałup, ale po chwili zauważyli, że w oddali płynie ku miastu ogromna czarna plama.

- Jest ich chyba z pięć tysięcy! – krzyknął przez deszcz czarownik.

Podmiejskie pola i łąki powoli pokrywały się wojskiem. Nacierali z trzech kierun-ków jednocześnie, sprawiając wrażenie że cały horyzont jakby zaczął się kurczyć i przybliżać.

Arneeb powoli zaczął rozróżniać poszczególne oddziały armii wroga. Najpierw zauważył, że spośród czarnego morza wyrastają ogromne, wysokie na dwadzieścia stóp wieże oblężnicze. Machiny majestatycznie sunęły ciągnięte przez oddziały półnagich olbrzymów. Każdy z nich musiał mieć, jak oszacował Arneeb, około sześciu, siedmiu stóp wysokości.

Z północy zbliżała się konnica z wysoko uniesionymi pikami. Pośród lasu drzewiec gdzieniegdzie powiewały krwistoczerwone proporce. Ziemia zaczęła lekko drżeć w odpowiedzi na uderzające w nią setki kopyt. Dopiero teraz do ich uszu zaczął dochodzić tłumiony przez deszcz, niosący się po polach ryk, jakim zanosiło się wojsko wroga. Hałas ten potęgowało zbliżające się nieustannie dudnienie trąb.

Z południa ciągnęła ku nim także konnica, jednakże bez pik. Chłopak zauważył, że jeźdźcy mają coś przewieszonego przez plecy. To były łuki. Głos dzwonów Gween powoli zaczęła zagłuszać wrzawa zbliżającej się bitwy.

Od wschodu, pomiędzy dwoma skrzydłami konnicy nadciągały najliczniejsze oddziały. Piechota. Po bokach dało się rozróżnić regularne bataliony i kompanie, ale wewnątrz przelewała się ogromna, nieregularna plama wojowników różnych ras. Były tam półdzikie hordy gęsto owłosionych gigantów, pogarbione karzełki biegnące z szerokimi mieczami, łucznicy posturą przypominający ludzi, i wiele innych obcych gatunków między którymi powoli płynęły dziwne szare wyspy. Arneeb długo wpatrywał się w zagadkowe pagórki poruszające się razem z wojskiem, dopiero gdy przed jednym ze wzniesień wynurzyła się szara główka na długiej szyi zrozumiał, że wyspy są jakimś rodzajem olbrzymich zwierząt. Olbrzymy przenosiły na swoich grzbietach różnego rodzaju skrzynie i beczki. Niektóre ze zwierząt ciągnęły za sobą, lub wręcz miały założone na sobie skomplikowane machiny, kształtem przypominające ogromne kusze.

- Uprzedził nas... – krzyknął Orthoxelius. – Marathor nas uprzedził. Musiał się dowiedzieć o pospolitym ruszeniu...

Byli już blisko. Na tyle, że jedna z ich olbrzymich kusz, umieszczona na ogromnym cielsku najbliższego murom stwora, wypluła w stronę miasta kulę ognia. Pocisk przeleciał z sykiem ponad murami i uderzył w jedną z drewnianych dzwonnic. Ta rozprysła się w drzazgi zalewając na moment Gween ogłuszającym hukiem.

- Chodźmy – czarownik złapał Arneeba za ramię i ruszył w stronę zejścia z murów. – My się im na wiele nie przydamy.

- Ale miasto... – chłopak spojrzał w stronę katapulty na wieży strażniczej, z której właśnie wystrzelono grad kamieni. - ... potrzebują każdej pary rąk do obrony...

- Chodźmy! – Orthoxelius złapał go za rękę i pociągnął za sobą. – Nie po to cię odnalazłem żeby teraz narażać na niebezpieczeństwo.

Szli śpiesznym krokiem przez brukowane uliczki miasta. Nie były one już tak pełne przechodniów jak dnia w którym przybyli do Gween. Z domów dobiegały zawodzenia i płacz dzieci, których matki pobiegły pod mury gotować wrzątek i smołę.

- Musimy wydostać się z miasta – czarownik choć coraz częściej trzymając się za brzuch ani na chwilę nie zwalniał. – Źródła Aespen spływają do podziemnych grot, wiem, że kiedyś były tam też kopalnie...

Wbiegli na teren świątyni. Od razu zauważył ją po przeciwległej stronie rozległego placu.

Lawenda z grupą innych kapłanek zbierała leki i opatrunki. Medyczki już niedługo miały mieć pełne ręce roboty. Wtedy go usłyszeli. Początkowo myśleli, że to deszcz i krzyki walczących, ale zaraz potem zdali sobie sprawę, że to co słyszą jest zamra-żającym krew w żyłach rykiem. Usłyszeli trzepot skrzydeł. Nad świątynią pojawił się smok.

Był prawie cały czarny, tylko podbrzusze pokrywała ciemnoczerwona łuska. Przypominający ogromnego jaszczura tułów zakończony był długim ogonem. Wyglądał jak wijący się w powietrzu wąż. Ogromne błoniaste skrzydła biły ciężko o lecący cały czas z nieba deszcz. Arneeb przez moment zauważył, że tuż za głową smoka siedzi jakaś postać. Nagle z najeżonej długimi kłami paszczy potwora zionął ogień. Długi pomarańczowoczerwony płomień liznął dach świątyni, który momentalnie, mimo tnącego wściekle deszczu, zajął się ogniem.

Coś pociągnęło Arneeba za ramię. Czarownik biegł, trzymając go za rękę do przeciwległej ściany zabudowań rozległego placu. Zatrzymali się dopiero za niskim murkiem alejki prowadzącej do ogrodu. Orthoxelius dyszał ciężko zaciskając rękę na brzuchu. Na jego lnianej koszuli pojawiła się czarna plama krwi.

Smok wykonał pełne koło ponad gmachami świątyni i upatrzył sobie nowy cel. Przez środek placu biegła przerażona grupa kapłanek.

- Lawendaaa! – Krzyknął z całych sił chłopak. Jedna z dziewczyn zatrzymała się patrząc w jego stronę, zaraz jednak zaczęła biec dalej. Deszcz bezlitośnie spowalniał jej ruchy. Smok runął w dół, wprost na grupę Najad. Arneeb przez moment zauważył jak w szklisto czarnych, wypukłych ślepiach potwora odbiła się łuna płonącej świątyni. Nie miały szans. Smok wyrównał do poziomu swój lot i otworzył pysk chcąc wypluć na nie kolejną porcję ognistej mazi. Leciał tuż nad ziemią, prawie bijąc o nią skrzydłami. I wtedy stało się coś dziwnego. Smok nagle stanął w gęstych płomieniach białego ognia i przeleciał ponad grupką medyczek. Wierzgając i rycząc wyrzucił gdzieś w górę postać która do tej pory przez cały czas siedziała uczepiona za jego łbem. Jeździec smoka opadł ciężko tuż obok murku na którym stał Arneeb. To był człowiek. Cały plac zalał poruszający ziemią huk. Smok z impetem uderzył w główny budynek sanktuarium zasypując plac deszczem gruzu lecącym z walącej się wieży dzwonnicy. Dopiero teraz, gdy ucichł ryk smoka dało się usłyszeć przeciągły krzyk stojącego w strugach deszczu chłopaka. - ... eeendaaa!!! – przerwał głucho i osunął się na ziemię.

Othoxelius jeszcze chwilę patrzył oniemiały na plac, płonącą świątynię i leżącego na ziemi chłopaka, poczym przeskoczył murek i pobiegł w stronę człowieka który został zrzucony z płonącego smoka. Pochylił się na chwilę nad nim i szybko wrócił do chłopaka. Z trudem przerzucił nieprzytomnego Arneeba przez ramię i ruszył w stronę ocalałego skrzydła budynków świątyni.

- Gdzie jesteśmy?... – Arneeb rozejrzał się po skalnych ścianach groty. Miał na czole bijący zimnem podziemnego potoku kawałek mokrej szmaty. Gdzieś z tyłu za głową słyszał szum płynącej wody.

- Pod świątynią – odpowiedział czarownik. Kończył ściągać stary opatrunek ze swojej rany.

- Lawenda! – krzyknął nagle chłopak – co się stało? Co się stało z kapłankami Orthoxeliusie?!

- Nie żyją. Zginęły pod gruzami świątyni.

- To... to nie może być... – wyszeptał chłopak poczym opadł bezwładnie utwierdza-jąc nieruchomo wzrok w wiszących u góry setkach stalaktytów.

- Wiedziałem, że to ty. – Czarownik spojrzał spokojnie na chłopaka, ale ten nie zareagował. – Wiedziałem, że to ty Arneebie. Znaki wreszcie się pojawiły. Posiadasz niespotykaną moc... i to bez pierścienia. Gdyby nie ty, ten smok spustoszyłby połowę miasta...

- To ja go zabiłem?... – zapytał beznamiętnie chłopak nie odrywając wzroku od sklepienia groty.

- Tak Arneebie. Posiadasz wielką siłę...

- To dlaczego nie udało mi się uratować tych Najad?...

Czarownik nie odpowiedział.

Położył się na plecach i zawiesił nieruchomo rękę nad krwawiącą raną brzucha. Zaczął szeptać szybko jakieś słowa w niezrozumiałym dla chłopaka języku. Arneeb spojrzał na niego i dopiero teraz zauważył, że Orthoxelius ma założony na środkowym palcu prawej ręki srebrny pierścień. Nie zdążył go jednak o nic zapytać gdyż właśnie w tej chwili otwarta rana czarownika zaczęła powoli się zasklepiać. W końcu pozostał po niej tylko podłużny, jaśniejszy ślad blizny.

- Wtedy na smoku... to był jeden z czarowników Marathora – uprzedził jego pytanie Orthoxelius, jednocześnie przyglądając się swojemu dziełu. – Nie mogłem zmarnować takiej okazji – odpowiedział i spojrzał na chłopaka jak zwykle zwężając usta w delikatnym uśmiechu.

Arneeb zaczął przyglądać się zagadkowemu pierścieniu, ale ten wyglądał jak najzwyklejsza w świecie srebrna obrączka.

- Chodźmy już. – Czarownik wstał i rozejrzał się po skalnej grocie. – Ten podziemny strumień musi mieć jakieś ujście poza miastem. Jeśli podążymy wzdłuż niego powinniśmy wydostać się z tych jaskiń. - Poczym raźno ruszył w jeden z mrocznych korytarzy. Nagle korytarz rozjaśnił się fosforyzującym światłem biegnącym jakby z ciała czarownika. Orthoxelius odwrócił się na pięcie w stronę ciągle oniemiałego chłopaka. – Idziesz? Czy mam sprawić żebyś podążył za mną lewitując?...

Przestało padać.

Gdy wyszli z szybu jakiejś na wpół zawalonej kopalni dochodził już wieczór. Szaro-sine niebo od północy malowała krwista łuna palącego się Gween.

Ruszyli w przeciwną stronę.

Gdy zapadł już zmierzch dotarli do zgliszczy doszczętnie spalonej wioski. Przy zwęglonych chałupach leżały zastygłe w kałużach krwi i błota martwe ciała. Jakiś wygłodzony pies obwąchiwał martwe niemowlę. Postanowili, że na nocleg zatrzymają się na uboczu wioski.

Rano obudził ich odgłos stąpających gdzieś w pobliżu kopyt. Zerwali się prawie równocześnie, oczekując najgorszego. Nie zobaczyli jednak czarnych jeźdźców Marathora, a jedynie trzy wychudłe szkapy, które rano wróciły z lasu do wsi, przyzwy-czajone, że o tej porze zawsze wychodziły z bronami w pole. Niepewnie patrzyły na dwójkę ludzi, jakby oczekując wyjaśnień co stało się z wioską podczas ich nieobecnoś-ci.

Zabrali dwie z nich dosiadając je na oklep, trzecią, zdziwioną nagłym aktem ułaska-wienia puścili wolno.

Ruszyli na południe, obierając kierunek przez wznoszące się najwyżej ponad Wernardią wzgórze. Gdy w południe dotarli na jego szczyt ich oczom ukazał się ogrom zniszczeń jakie zostawiło po sobie wojsko Czarnego Maga. Dziesiątki spalonych wiosek zaznaczało niebo słupami gęstego dymu. Niektóre z nich trawił jeszcze bezlitosny ogień wojennej pożogi. Gdzieś na północy, resztkami sił walczyło o prze-trwanie Gween. Miasto dzwonów konało, zabierając ze sobą dwanaście stuleci historii, brukowane uliczki, pobielane kamienice i czterdzieści siedem dzwonnic.

- ... Uderzył pięścią w szalę wagi... – powiedział cicho czarownik zatrzymując konia i spoglądając na rozpościerający się widok. – Zmącił cały strumień źródła równowagi...

- Marathor?... – zapytał chłopak także zatrzymując konia. Z zawieszonej przy jego boku, skórzanej pochwy wystawała rękojeść czarnego miecza.

- ... Teraz nie zawaha się przed niczym... – ciągnął dalej czarownik, jakby nie słysząc słów chłopaka. - ... będzie brnął dalej na południe, aż nie podbije całej tej ziemi...

- To już koniec, prawda Orthoxeliusie?...

- Nie Arneebie. – Odpowiedział mu po dłuższej chwili milczenia. – To dopiero początek.

 

 

 

00-09-13