©2000 by Sylwester Wróbel

Ragnarök

 

 

Czasu nie da się dotknąć, ani zobaczyć, ani kupić, ani zatrzymać.

Ale można go oszukać.

14 10 2K

Martwą przestrzeń zamieszkiwało jedynie zimno.

Zimno i śmiesznie znikome promieniowanie, które jakby na przekór zimnu nigdy nie pozwalało osiągnąć pustce magicznej liczby zera bezwzględnego.

Minęło już sporo czasu, a jednocześnie jeszcze zbyt mało, aby odwieczna wojna zimna ze światłem mogła się rozstrzygnąć. Wszyscy jednak już znali wynik tej bitwy.

Energia. Zastój.

Fotony. Pustka.

Ciepło. Zimno.

Życie...

Wewnątrz kuli świetlistych punktów, jeden zdawał się być inny niż wszystkie pozostałe. Nie należał do żadnej z naturalnych manifestacji kosmosu, choć stworzony został na ich podo-bieństwo.

W skali otaczającej go zewsząd przestrzeni zdawał się być zaledwie pyłkiem, jednak jego konstruktorzy spędzili połowę życia swej cywilizacji aby go stworzyć.

Budowali go już tak długo, że zapomnieli być dumni ze swego dzieła.

Statek nosił nazwę Loki.

Świetlista plamka zamieniła się w kolistą bryłę blachy, szlachetnych metali i syntetycznych tworzyw, która zalepiła trzecią część widocznego nieboskłonu. Statek był nieco większy od gwiazdy jaka powstaje po wybuchu supernowej, jednak daleko mu jeszcze było do rozmiarów żółtego karła. Wewnątrz, niczym w szlachetnie urodzonej gwieździe, rozbrzmiewały wybuchy miliardów reakcji termojądrowych, pozwalających płynąć statkowi w jakimś, wydawałoby się nieokreślonym, celu.

Ale Loki miał cel.

Miał go już od bardzo dawna.

Czas i Życie nigdy nie stanowili dobranego duetu.

Przestrzeń rodziła Życie a Czas je zabierał. Tak było prawie zawsze, ale zdarzało się, że Życie za wszelką cenę broniło się przed Czasem.

Loki nigdy nie miał spełniać roli kosmicznego autobusu mieszkańców planety z której pochodził. Loki miał zastąpić całą planetę.

Gdy zaczynano budowę, świat z którego pochodzili jego konstruktorzy umierał. Życie potrzebuje energii, a brak jej źródeł zmusza do poszukiwań. Po odnalezieniu w pustce kosmosu nowego źródła można odpocząć. Ale na jak długo?...

Kończą się surowce. Gwiazdy gasną. Czas znów zaczyna wygrywać.

Loki pamiętał wiele kosmicznych miejsc. Wiele słońc i obcych planet. Po każdym postoju w swojej niekończącej się podróży stawał się większy i silniejszy.

Loki pamiętał także pierwsze spotkanie z innym Życiem. Pamiętał dokładnie jak w pewnym układzie odnalazł rozwiniętą cywilizację i jak oznajmił o niej swoim konstruktorom.

Stwórcy także ucieszyli się ze spotkania. Spełniło się ich odwieczne marzenie. Co prawda cywilizacja którą napotkali ledwo co potrafiła wygenerować fale radiowe, ale i tak radość z poznania innych braci była ogromna.

Najmądrzejsi z pasażerów statku uznali za świętość ochronę rasy którą napotkali. Ale jeszcze świętsze okazało się utrzymanie przy życiu samego statku.

Najpierw zajęli im wszystkie zewnętrzne planety.

Gdy zabrakło surowców zajęli także planetę swoich braci.

Po splądrowaniu układu uzupełnili zapasy i ruszyli dalej w poszukiwaniu nowych źródeł.

Loki znów prześcignął Czas w wyścigu o Życie.

Druga cywilizacja jaką napotkali była o wiele bardziej zaawansowana i zaczęła już nawet budowę swojego własnego statku...

Loki szczycił się jednak większym doświadczeniem, a jego konstruktorzy mieli mnóstwo czasu aby przygotować się na kolejne spotkanie.

Zostali zmiażdżeni w nierównej walce laserów z bronią grawitacyjną najeźdźców. Nigdy nie wyruszyli w swoją misternie planowaną podróż ku gwiazdom.

Loki posiliwszy się popłynął dalej.

W miarę jak przemierzali otchłanie kosmosu przestali liczyć napotkane kolebki życia.

Brzydzili się Życiem.

Planety na których wyrosły cywilizacje były niejednokrotnie ogołocone już z surowców.

Loki potrzebował coraz więcej pożywienia. Bywały momenty, gdy mieszkańcy statku byli już u kresu sił, lecz zawsze udawało im się jednak napotkać w końcu jakąś kosmiczną oazę.

Trwali. Mimo że Czas o nich nie zapomniał.

To było gdzieś w połowie ich wędrówki.

Spotkali Życie inne niż wszystkie dotąd.

Broniło się.

Nieporadnie, ale wystarczająco długo aby uciec. Zbudowali statek i odpłynęli w przeciwną stronę. Najeźdźcy uznali że nie warto puszczać się za nimi w pościg. Kosztowało by to zbyt dużo cennej energii...

To był największy błąd jaki popełniła cywilizacja zamieszkująca gwiezdny statek.

Płynęli dalej, przez dziewicze morza, odkrywając nowe światy, niczym pradawni odkrywcy nowych lądów z ich rodzimej planety.

Nigdzie nie osiadali na dłużej. Nie było warto. Zostawiali za sobą jedynie zgliszcza splądrowanych planet i zimno.

Aż dotarli do nowego układu.

Najmądrzejsi z pasażerów statku uznali że to Loki popełnił błąd i wrócili do miejsca w którym już niegdyś byli.

Spalona ziemia, pozbawiona wszelkich dających się eksploatować minerałów i zasobów kopalnych. Umierająca gwiazda z której kiedyś wyssano prawie cały wodór i hel...

Ale Loki się nie mylił. Nigdy jeszcze nie byli w tym zakątku kosmosu.

Ktoś ich uprzedził.

Od tego czasu coraz częściej zdarzało im się spotykać z opustoszałymi światami. Wyssa-nymi z energii przez kosmiczne wampiry.

Zbierali informacje. Wiedzieli, że cywilizacja która okrada ich z pożywienia może stanowić dla nich śmiertelne zagrożenie.

Najmądrzejsi z pasażerów statku jednomyślnie uznali, że intruzów należy jak najszybciej odnaleźć i zgładzić.

Najmądrzejsi z intruzów pamiętając co najeźdźcy zrobili z ich macierzystą planetą już od dawna starali się o to samo.

I właśnie wtedy Loki swymi szerokopasmowymi mackami namierzył obcy obiekt wiszący w pajęczynie kosmosu.

Był olbrzymi. Tak olbrzymi jak sam Loki. Dwoje gigantów spojrzało ku sobie i wypuściło dwie ogromne floty które złączyły się w majestatycznym uścisku ognia walki.

Czas, jakby od niechcenia, na moment się zatrzymał spoglądając przez chwilę na to jak skończą się losy olbrzymów...

Wojna trwała tak długo jak trzy życia średniej masy gwiazdy.

Jedni umierali i rodzili się. Inni rodzili się tylko po to aby umrzeć.

Walczyli wściekle i bez ustanku.

Niezliczone armie bionicznych robotów potęgowały siłę wojsk biologicznych. Życie aby przeżyć musiało szybko tworzyć nowe istnienia. Prawa natury i odwieczne zakazy czystości rasowych były już tylko dziecinnymi pogróżkami. Nikt nie kwapił się aby tracić czas na zachowanie pamięci.

Wartości szybko zmieniły swoje imiona na potrzeby.

Potrzeby szybko zmieniły się w tylko jedno pragnienie...

Życie.

Walka była zacięta i niezwykle wyrównana. Szukano usilnie nowej broni. Broni jakiej nie oprze się żadna tarcza. Najmądrzejsi zaczynali już wątpić czy wojna kiedykolwiek dobiegnie końca.

Dobiegła.

Wygrał Loki i jego pasażerowie.

Inżynierowie wreszcie znaleźli rozwiązanie.

Wojna zakończyła się prawie tak szybko jak się rozpoczęła.

Najpierw zgasły gwiazdy. Potem znikła wszelka świadomość. Cała statyczna przestrzeń skuliła się w grawitacyjnym skurczu przeszywającego ją bólu i w tej samej chwili wybuchła, dając początek nowemu tworowi, którego jego późniejsi mieszkańcy nazwą Wszechświatem.

Gdzieś, pośród chmur deuteru i trytu nową przestrzeń przemierzał zasobnik. Nie podlegają-cy surowym nakazom fizyki brnął dzielnie przez tworzącą się nieustannie materię.

Był świadkiem narodzin pierwszych gwiazd, galaktyk i kwazarów.

Płynął razem z podmuchem nieustającej eksplozji budzącego się Wszechświata.

Czas mijał. Przestrzeń wracała znów do wyuczonego przez wieczność zimna.

Zasobnik zawierał drobny pakunek składający się z organicznej mazi wypełniającej małą komorę. To był właśnie dowód zwycięstwa najeźdźców. Zestawy genotypów.

Życie.

Zasobnik wszedł wreszcie w atmosferę trzeciej planety i runął na jej spieczoną powłokę.

Odtąd dzień po dniu spełniał będzie swoją wyznaczoną misję.

Misję ewolucji i powrotu dawnej świetności cywilizacji.

Czas znów ruszył oburzony w kierunku coraz bardziej niepewnego końca. Nie znosił gdy Życie z niego żartowało...

Zima ścięła rybie błony zawieszone w oknach na twarde tafle lodu, które teraz jeszcze słabiej przepuszczały do środka światło. Gromadka dzieci zbiła się ciasno obok starca, który drżącą ręką dorzucał co jakiś czas drewna do tlącego się ogniska.

- Einhörd, opowiedz coś jeszcze – domagał się jeden z chłopców.

- Taaa! Opowiedz, opowiedz – zawtórowała mu reszta dzieci.

- Opowiem ale... – starzec nie zdążył dokończyć. Jedna z dziewczynek szybko wybiegła z chałupy.

- Veasyl ją kiedyś zabije za to że podkrada mięso – mruknął stary, lekko kiwając głową.

- Nie martw, Einhörd – rzucił jeden ze starszych chłopców. – Córce Leifa Veasyla pozwala-ją na wszystko. A pewnie jeszcze pogłaskają że ma apetyt.

- Racja – zawtórował jakiś blondas – a to li drakkar wczoraj nie wrócił po burtę rybą pełny?

W tej samej chwili do chaty wpadła dziewczynka z trzymanym w obu dłoniach ogromnym śledziem.

Starzec rzucił zdobycz nad ogień i spojrzał w błyszczące od rudych płomieni oczy dzieci. Wszystkie w oczekiwaniu oblepiały wzrokiem pomarszczoną twarz starego wikinga.

Krwawy zdobywca uśmiechnął się lekko.

- ... A było to w czasy kiedy ziemie te jeszcze prawie bezludne były. Odyn rzekł więc: - Zbierzcie tedy wszystkich bogów, półbogów i najmężniejszych z ludzi, zbierzcie także miecze, łuki i kołczany. Czas rozprawić się z tymi co Ziemię plądrują i prawa moje łamią. – To rzekłszy zszedł na ziemię, wprost z Valhally – swej siedziby o 540 drzwiach i ruszył szukać wroga. A wróg czekał już w ukryciu i pierwej zaatakował. Armia Olbrzymów zmiażdżyła trzecią część ludzi i piątą półbogów. Oślepili Aegira i połamali kości Thora. Wtedy jeden z najwyższych Olbrzymów podszedł do Odyna i rzekł tedy: - Tak przyjdzie ci koniec, a ziemie twe płonąć będą. Wszystkie twoje chwały w niepamięć się obrócą, bo ani wiatr ten, ani kamienie, ani wody nie są wasze. Bo nie wy je stworzyliście jeno my, a Czas zrzuci was z tronów i nasze znów przyjdzie panowanie. A stanie się to w dzień Ragnarök. Wojny co przyjdzie by zgładzić nawet najśmielszych wojowników. – Na te słowa Odyn zbudził się i znalazł nagle nazad w Valhally. Spojrzał szybko na Aegira, ale ten wzroku nie stracił. Spojrzał na Thora, ale i ten kości miał całe. Udał się więc do Wyroczni co by mu rzekła, co też sen ten mógł znaczyć. Na to rzekła mu Wyrocznia tymi słowy: - Nie był to sen Odynie a Loki – wróg twój, demon zniszczenia i śmierci co ci zgubę przepowiedział. Tedy strzeż się bo dzień Ragnaröku bliski. - Odtąd bogowie nasi siły i bronie zbierają co by nie dać się zaskoczyć Olbrzymom. Tak jest aż do dnia dzisiejszego. Ale nawet my, ludzie, wiemy że wojna co nadejdzie - da koniec wszystkiemu co było i być miało.

Starzec łapczywie zaczął grzebać w jeszcze niedopieczonym śledziu. Zerkał co jakiś czas na zamyślone twarzyczki dzieci, które w większości zalewała fala całkowitego niezrozumienia.

- To znaczy wojna już była czy dopiero będzie? – Zapytał wreszcie jakiś piegowaty blondas.

- I była i będzie – odparł mu starzec żując głowę śledzia. – Zważcie, że Odyn sen miał tylko proroczy... a tam, z bogami to i tak nic nigdy wiadome nie jest.

- A jak będzie, to kiedy? – spytała córka Veasyla jednocześnie przełykając ślinę.

Stary wypluł ości i spojrzał na dziewczynkę. – Niedługo.