[W elfickim obozie, u wrót Zamku Drachenfels. Przy ognisku, wśród namiotów siedzi dwóch elfickich dowódców, ubranych w ociekające złotem jedwabie, okraszone tu i ówdzie srebrnym elementem zbroi. W okolicy walają się włócznie i łuki.]

[Halakatharieloril] [przemądrzałym głosem] Zaprawdę powiadam ci Katahrielu, niezwykleż krótkiej natury twe imię.
[Katahriel] [równie nadęcie] Zaprawdę prawdę niosą, za każdym rozwarciem, twe usta, aczkolwiek, to w zasadzie jeno skrót jest.
[Halakatharieloril] Skrót powiadasz?
[Katahriel] Naturalnie! Albowiem, zaprawdę powiadam ci, w pełnej krasie i brzmieniu, zowią mnie Arhabacylzodialilowil.
[Halakatharieloril] [po chwili zastanowienia] Zaprawdę winienem był się domyślić.

[Nagle w okolicy ogniska robi się lekkie zamieszanie i zgiełk. Żołnierze elficcy ruszają się jak pszczoły w ulu.]

[Katahriel] [patrząc spode łba na biegające bez żadnego celu elfy] Cóż to za zamieszanie i zgiełk?!

[Nagle jeden z nich przyklęka na jedno kolano i zwraca się ku niemu.]

[Elion] Panie!

[Kathariel jednak zaskoczony podchodzi do niego i stawia go na nogi, po czym trzepie starannie jego spodnie.]

[Kathariel] [opiekuńczo] No i coś narobił?! Czyściutkie kalesony, a już ufajdałeś! Jak my będziemy wyglądać przed pokonanymi?
[Elion] Panie! Krasnoludzka delegacja do ciebie!

[Elf zawstydzony zaprzestaje… trzepania. Na scenie pojawia się krasnolud z długą siwą brodą, sięgająca do ziemi, pomimo iż stoi na tarczy niesinej przez dwóch jego pobratymców. Zza pasa wystaje mu duży, srebrny młot.]

[Gotori] [patrząc spode łba] Hmpf!
[Elion] [kłaniając się im obu i stając pomiędzy nimi] Będę tłumaczył! [zwraca się do elfa] Krasnolud rzekł: witaj przezacny lordzie!
[Kathariel] [dumnie] Witaj, czcigodny karle!
[Elion] [do krasnoluda] Hmpf!
[Gotori] [drapiąc się po brzuchu] Tego…
[Elion] [tłumacząc] Jestem Gotori, władca pobliskich gór i urwisk!
[Kathariel] Jam jest Kathariel, lord i dowódca tejże armii!
[Elion] [ponownie do krasnoluda] Jo…
[Gotori] Co wy tu kurde w ogóle robita? To nasz teren.
[Elion] Czy czcigodny Kathariel zechciałby wyjawić mi przyczynę obecności w naszych skromnych ostępach dzielnych wojsk elfiego rodu?
[Kathariel] Oblegamy twierdzę nikczemnego Czarnoksiężnika Drachenfelsa!
[Elion] A co cię to?
[Gotori] Spadówa mi stąd, ino szybko, bo śmierdzi od was sosną. Ech, nie właźta nam pod nogi, to może was nie pobijemy.
[Elion] Azaliż słuszna jest wasza misja. Dzielny ród krasnoludów nie będzie jej przeszkadzał.

[Nagle, w tłumie gapiących się elfów materializuje się Wilhelm z przyklejonymi, komicznie wyglądającymi uszami.]

[Wilhelm] [z tłumu, piskliwym głosem] Twoja mama ma krótką brodę!
[Gotori] [podskakując z wściekłości na tarczy, ku niedoli podtrzymujących go] Który to powiedział, e?

[Wszyscy szukają ze zdziwieniem winnego, natomiast Wilhelm przemieszcza się w kierunku, z którego nadeszły krasnoludy.]

[Wilhelm] [przykucnąwszy, zatykając palcami nos] Ta?! A wasz tata jest waszą mamą!

[Zapanowało oburzenie i groźne potrząsanie dzidami]

[Halakatharieloril] Skoro tak, to chyba najpierw powinniśmy przetrzepać kurduplom tyłki a dopiero potem brać się za Drachenfelsa!
[Chór Elfów] Ta jest!
[Wszystkie trzy krasnoludy jednocześnie] Ha! To my skrócimy o łeb stado drzewoprzytulaczy!
[Halakatharieloril] [pouczającym tonem] W twojej wypowiedzi zachodzi błąd logiczny.
[Gotori] [gniewnie] Zachodzi to twoja stara, ale tylko jak starego nie ma w domu!

[Krasnoludzki wódz, odwraca się na pięcie, ale obracają się również niosący go, więc ponownie staje frontem do elfickiego lorda. Zorientowawszy się, obraca się ponownie i zostaje wyniesiony ze sceny.]

[Kathariel] [głośno do swych żołnierzy] Ha! A więc wojna! Nadeszła godzina próby rodacy! Musimy pokonać nie tylko zło czające się w…

[Ale nagle milknie, gdyż daje się słyszeć ogłuszający huk otwieranej zamkowej bramy, a zaraz po nim odgłos opuszczanego mostu zwodzonego. Wszyscy robią gigantyczne oczy i zwracają głowy ku bramie. Po chwili z zamku wyjeżdża czarny powóz Konstanta Drachenfelsa, prowadzony przez bezgłowego woźnicę. Wszyscy zamierają w bezruchu i patrzą jak pojazd, ciągnięty przez cztery kare szkapy podjeżdża spokojnie do Wilhelma, który udaje że go nie ma, tam gdzie jest. Następnie w oknie powozu uchyla się mała czarna zasłonka i… rozbrzmiewa “O Fortuna”… po czym pojawia się twarz Wielkiego Czarnoksiężnika.]

[Konstant Drachenfels] Wilhelm!
[Wilhelm] [rozglądając się niepewnie na boki, stojąc w morzu elfich postaci] Em, Panie?
[Konstant Drachenfels] Jadę do tego buca Imperatora, powiedzieć, że na trawniku plenią mi się leśne stworki… A wszak nie po to opłacam podatek od służb sanitarnych, prawda?
Pozbędzie się tego problemu, albo ograbię mu pałac i spalę żonę.
[Wilhelm] Panie…
[Konstant Drachenfels] Wracaj do zamku i zabawiaj podczas mojej nieobecności naszego gościa i nie wpuszczaj tych skrzatów na dziedziniec, bo nabrudzą.
[Wilhelm] [histerycznie] Panie, ale trwa oblężenie, a pan wjechał w samo jego serce!
[Konstant Drachnefels] [rozglądając się od niechcenia, nagle spostrzegłszy elfickiego lorda, surowo] Co się gapisz?

[Elf już miał coś odpowiedzieć, ale ziemia pod nim nagle się rozstąpiła i dosłownie go pochłonęła. Drachenfels spojrzał groźnie w kierunku elfów stojących na drodze jego powozu, a te natychmiast się rozstąpiły.]

[Konstant Drachenfels] [chłodno] No.

[I czarny wóz rusza przed siebie, by wkrótce zniknąć za horyzontem. Natomiast Wilhelm po chwili namysłu pokazuje zebranym język i odteleportowuje się do wnętrza zamku.]

autor: Aradesh

Przeczytaj informacje na temat wysyłania materiałów

Wynik rzutu:

Najczęściej pobierane materiały

# Plik Rozmiar pliku Pobrania
1 karta postaci 3 MB 4339
2 karta 2ed drachenfels 3 MB 3736
3 altdorf_night 4 MB 3606
4 Zapłata 54 KB 3261
5 BookOfRats 1 MB 3199

Najwyżej oceniane materiały