[Niebo ma kolor atramentu, a w tle błyskają pioruny. Na pojedynczej skalnej iglicy znajdującej się w samym środku kilkuset metrowej przepaści stoi olbrzymia katedra z ciemnego kamienia, a wieńczy ją ciemnozielony dach. Nie widać na niej żadnych symboli. Przez przepaść przerzucony jest prowadzący do budowli most. Kilkadziesiąt metrów zaś przed mostem stoi elegancki ceglany domek z perfekcyjnie zadbanym ogródkiem i uroczym białym płotkiem. Dookoła szumi wymarły, bezlistny las. Na scenę, bezpośrednio na gościniec, wkraczają nasi trzej bohaterowie.]

[Konstantyn] Nie wiem co napawa mnie większym niepokojem, turbomroczna, monumentalna i na pierwszy rzut oka owładnięta mocami jakiegoś nekromanty/demonologa o poziomie mocy o dwa wyższym od jakichkolwiek ewentualnych gości katedra, której jednakże się spodziewałem… czy ten biały płotek, którego ni cholery się nie spodziewałem?
[Hopkirk] Głosuję na płotek.
[Ur’Ulryk] [niepewnie patrząc na płotek] Ja, na Ulryka.
[Konstantyn] [lekko nieprzytomnie patrząc na roztaczający się przed nim krajobraz] Ulryk nie bierze udziału w zawodach, “młocie… [po chwili dodając] na czarownice”.
[Ur’Ulryk] Nie szkodzi, dobry Ulrykanin zawsze obawia się jedynie gniewu Ulryka.
[Hopkirk] [kaszląc] *kaszl*kaszl*kaszl*dobryulrykanin*kaszl*kaszl*kaszl*niemutuje*kaszl*
[Ur’Ulryk] Co tam mówisz?
[Hopkirk] A nie, nie, mam alergię na pylenie idiotyzmów.
[Konstantyn] [władczo] Idziemy.

[Ale rusza tylko Sigmaryta.]

[Konstantyn] [obracając się w kierunku kompanów] Co jest?
[Hopkirk] [niepewnie] Tego… a zahaczymy o ten domek?
[Konstantyn] No, wiadomo.
[Ur’Ulryk] Ale właściwie dlaczego?
[Konstantyn] [mocno zdziwiony] Jak “dlaczego”? Nie rozumiem.
[Hopkirk] No bo stoi sobie domek, nie? Ponieważ ewidentnie i pod żadnym pozorem nas nie interesuje, to racz mi wytłumaczyć drogi panie, dlaczego akurat, no musimy do niego zajść, jak nie przymierzając jakaś banda łowców przygód, a nie pójść odważnie z podniesionym czołem przed siebie ku celowi naszej wyprawy?
[Ur’Ulryk] No, a poza tym co on powiedział, czemu nie pójdziemy dalej?

[Konstantyn patrzy raz to na domek, raz to na swych towarzyszy.]

[Konstantyn] [lekko zbity z tropu] Ale… ale… on jest na naszej drodze!
[Hopkirk] No i?
[Konstantyn] No, a jak coś jest na naszej drodze to trzeba tam wejść, prawda?
[Hopkirk] Nie, dlaczego?
[Konstantyn] [lekko histerycznie] No, bo przecież nie stoi tam bez celu!
[Hopkirk] Ta, jasne ktoś go tam postawił dokładnie po to, żebyśmy mieli gdzie zajść i stawić czoła nieprzewidywalnemu wypadkowi losowemu, ku uciesze wyimaginowanej widowni! Ma to sens?!
[Konstantyn] [bez zastanowienia] No.
[Ur’Ulryk] [do Hopkirka] Te, to naprawdę ma sens, jak tak teraz mówisz.
[Hopkirk] [uderzając się dłonią w czoło] Cholera, dobra, dajmy się zabić, a w najlepszym wypadku pokaleczyć, aby potem salwować się humorystyczną ucieczką.
[Konstantyn] Jeszcze jedno takie zdanie i dostaniesz ksywkę “narrator”. Za mną brygada!

[Wszyscy trzej znaleźli się w krótkim czasie naprzeciw furtki. Konstantyn zapukał, Ur’Ulryk chciał ją wyważyć kopniakiem, a wszystkich pogodził Hopkirk, który ją otworzył, zanim dosięgnął jej mściwy obuw Ulrykanina. Następnie ruszają w kierunku drzwi, które jednak otwieraja sie zanim do nich dochodza. Na ganku staje zgrabna, ruda kobieta o smukłej i dostojnej twarzy, mająca na sobie kremową sukienkę i fartuszek pani domu.]

[Hopkirk] [do towarzyszy, szeptem] Zaraz z oczu wystrzelą jej błyskawice, zobaczycie!
[Bree] [przyjaznym, życzliwym, ale nie napastliwym, ciepłym, ale jednocześnie stonowanym głosem] Dzień dobry panowie. Witam, na moim ganku.
[Hopkirk] [wciąż szeptem] Ta, ta przygotujcie się na zostanie strawionymi.
[Konstantyn] [do Hopkirka] Zamknij się. [do Bree] Witaj, o zacna kobieto!

[Zapada chwila niezręcznej ciszy.]

[Hopkirk] [nie wytrzymując] Dobra! Chyba ja muszę powiedzieć to, o czym wszyscy teraz myślimy!

[Ur’Ulryk oblewa się rumieńcem i robi nietęgą minę.]

[Bree] Mianowicie?
[Hopkirk] Jesteś pani wiedźmą!
[Bree] [spokojnie] Och, nie, nie jestem.
[Hopkirk] Ależ tak! Objaw się demonie!
[Bree] [z życzliwym uśmiechem] Pańskie majaki są zaprawdę rozkoszne, ale muszę jednak pana rozczarować. Jestem tylko zwykłą panią domu z przedmieść.
[Hopkirk] Przedmieść?! Heeeeloł? Jesteśmy na krańcach cywilizacji! Tu jeno demony, strzygi, upiory…
[Bree] [wciąż z uśmiechem] Pozostaje więc zapytać co takiego robią tu tacy czcigodni kawalerowie?

[Cisza.]

[Konstantyn] [lekko zmieszany] E, no w zasadzie, to szukamy katedry…
[Bree] Ach, katedry. [pokazując palcem monumentalną budowlę] A, to właśnie tam. Nie sposób jej nie zauważyć, chociaż jak widać…
[Konstantyn] [drapiąc się po głowie] Przepraszam panią najmocniej, ale nie mogę się powstrzymać przed zapytaniem… Nie przeszkadza pani mieszkanie tutaj?
[Bree] Och nie, bardzo lubię mój dom. Co prawda trawnik trochę zarósł [wskazując nienagannie przystrzyżony trawnik], ale to nic, czego nie dałoby się naprawić, nieprawdaż?
[Konstantyn] Nie, nie. Domek, owszem prześliczny…
[Bree] [z promiennym uśmiechem] Ależ dziękuję bardzo.
[Konstantyn] Ale ta cała nawiedzona katedra…
[Bree] [zaskoczona] Nawiedzona?!
[Hopkirk] [podenerwowany] No, a do cholery jasnej, a co to jest?! [wskazując katedrę] Cholerna szkółka niedzielna?! Chyba dla dzieci topielców!
[Konstantyn] [tracąc cierpliwość] Cholera jasna! Ur’Ulryk, zajmij się nim! Denerwuje mnie!

[Ur’Ulryk radośnie chwyta Hopkirka za wszarz i znikają obaj gdzieś razem za sceną.]

[Bree] [nieporuszona zdarzeniem] Mówił pan?
[Konstantyn] O nawiedzonej katedrze…
[Bree] Ależ skądże! To katedra Gołębiego Serca Naszej Matki Shallyi!
[Konstantyn] …

[Długa cisza.]

[Konstantyn] Shallyi?
[Bree] Tak, owszem.
[Konstantyn] [wskazując kciukiem] To?
[Bree] W rzeczy samej.
[Konstantyn] Dooooobrze, a ten las w takim razie?
[Bree] [z dumą] Unikalne drzewa skarłowaciałe. Duma i chluba całej okolicy.

[Ponownie cisza.]

[Konstantyn] [z nieobecnym wzrokiem] Dziękuję pani za pomoc, ale będę już musiał iść.
[Bree] [zawiedziona] Och, nie wejdzie pan na ciasto cytrynowe? To moja specjalność.
[Konstantyn] Pani daruje, ale strasznie mi pilno. Może w drodze powrotnej. Do widzenia.
[Bree] Dobrze. Do widzenia panu. Zapraszam!

[Kobieta znika w domku. Konstantyn wraca na gościniec, wkrótce potem dołącza do niego Ur’Ulryk, który otrzepuje ręce.]

[Konstantyn] Gdzie Hopkirk?
[Ur’Ulryk] [ze zdziwioną miną] …
[Konstantyn] No?
[Ur’Ulryk] …
[Konstantyn] [poirytowany] Ty matole! Zostawiłeś go w lesie, tak?! No to idź teraz i go przyprowadź.
[Ur’Ulryk] Ale…
[Konstantyn] Żadnych “ale”, natychmiast!

[Ulrykanin robi kilka kroków w kierunku lasu, ale potem odwraca się z głupią miną.]

[Konstantyn] Co jest, do cholery?!
[Ur’Ulryk] [niepewnie] Kazałeś się nim zająć.
[Konstantyn] …

[Po chwili krótkiego uświadamiania sobie sytuacji przez Konstantyna.]

[Konstantyn] [zdenerwowany] Noż cholera! Kazałem ci się nim zająć, a nie kurde się nim zająć! [po chwili] Skąd my teraz weźmiemy przewodnika?!
[Ur’Ulryk] No przecież jesteśmy na miejscu.
[Konsatntyn] Ta, a jak wrócisz? Sypałeś kurde okruszki?!
[Ur’Ulryk] Zapytamy o drogę tej miłej pani, może?
[Konstantyn] O, nagle nie straszy cię już biały płotek, co?! [po dłuższej chwili] Ech, dobra, chodź zajrzymy do katedry. W najgorszym wypadku wpadniemy potem na ciasto cytrynowe.

autor: Aradesh

Przeczytaj informacje na temat wysyłania materiałów

Wynik rzutu:

Najczęściej pobierane materiały

# Plik Rozmiar pliku Pobrania
1 karta postaci 3 MB 3727
2 karta 2ed drachenfels 3 MB 3264
3 altdorf_night 4 MB 3248
4 vaevictis 433 KB 2742
5 Zapłata 54 KB 2740

Najwyżej oceniane materiały