[Sceneria tym razem przedstawia totalne pustkowie. Niebo jest koloru fioletowego, wpadającego momentami w różowy, a czasami w niebieski. Na ziemi nie ma nic oprócz jakiegoś dziwnego pyłu. W jednym miejscu sceny ustawione są dwa duże, kamienne, rzeźbione trony. Na jednym z nich zasiada Konstant Drachenfels, a na drugim osoba o czterech ramionach, w niebieskiej szacie, po której co jakiś czas przesuwają się płomienie. Twarz czterorękiego natomiast wciąż się zmienia. Czasem jest ludzka, czasem przedstawia zaś zwierzęta, najczęściej ptaki.]

[Konstant Drachenfels] No i wtedy mówię mu, że debil jest i nie umie nawet porządnie twierdzy zbudować. To się obraził. [po chwili] On myśli, że walnie gdzieś w górach fortecę z obsydianu i tylko dlatego nie da się jej sforsować.
[Tzeentch] [z zaciekawieniem] No tak, a sforsował ją ktoś w końcu?
[Konstant Drachenfels] No nie, ale nikt nie próbował. Gdyby próbował, to co za problem?
[Tzeentch] No niby żaden, odpowiednia ilość spaczenia i po sprawie…
[Konstant Drachenfels] Właśnie tak. No, ale wiesz co on zawsze mówi…
[Tzeentch] Ta, ożywiłem całe państwo blablabla…
[Konstant Drachenfels] Cholerny bachor…
[Tzeentch] Słuchaj, napijesz się jeszcze herbaty?
[Konstant Drachenfels] No poproszę.

[W ręku Drachenfelsa i Tzeentcha pojawiają się gustowne, kitajskie, porcelanowe filiżanki.]

[Konstant Drachenfels] [popijając herbatkę] Nie chce mi się wracać do zamku jeszcze…
[Tzeentch] Coś się tam u was dzieje ciekawego?
[Konstant Drachenfels] Po co pytasz, skoro, jako bóg Chaosu, Ten Który Zmienia Drogi blablabla, dobrze wiesz?
[Tzeentch] Wiesz, gdybym w ogóle nie rozmawiał o rzeczach, które wiem, to bym milczał eonami.
[Konstant Drachenfels] [przytakując] Punkt…

[Nagle po przeciwległej stronie sceny pojawia się Ulrich i Elżbieta. Wyglądają na bardzo zaskoczonych.]

[Tzeentch] A’propos rzeczy, których nie wiem: a ci to, kto? Jakieś nowe bóstwa?

[Konstant mamrocze magiczną formułę i jego tron ustawia się obok tronu Tzeentcha, tak, że teraz obaj widza przybyszów.]

[Konstant Drachenfels] [zdziwiony] Słuchaj, pierwsze widzę.
[Tzeentch] Cholera… Od czasu jak się ten wieśniak Sigmar tu zjawił, żadnego śmiertelnika tu nie widziałem.
[Konstant Drachenfels] A właśnie, odchodząc od meritum, gdzie ten głąb?
[Tzeentch] Gdzieś tu biega w pobliżu z młotem w ręku i goni goblińskich bogów Gorka i Morka.
[Konstant Drachenfels] To musi żałośnie wyglądać. Kondolencje…
[Tzeentch] [ze zrezygnowaniem] Mów mi jeszcze…

[W międzyczasie Ulrich i Elżbieta niepewnie podchodzą do rozmawiających.]

[Ulrich] Ekhm, przepraszam…
[Konstant Drachenfels] [wchodząc mu w słowo] Nie ma za co.
[Tzeentch] Tak, to nie twoja wina.
[Ulrich] Co nie jest moją winą?
[Tzeentch] To, że tu jesteś.
[Konstant Drachenfels] [beznamiętnie] Mhm, widać jakiś kretyn postanowił cię wyznawać, postawił ci kapliczkę i zarżnął ze dwie krowy na twoją cześć.
[Tzeentch] Psikus, co? Umierasz spokojnie, a tu jakiś baran robi z ciebie bóstwo i zamiast klepać duszyczki po dupach w kurestwie, tfu, królestwie Morra, przybywasz na równinę astralną, gdzie jedyną rozrywką jest strzelanie z piorunów do ludzi, albo patrzenie jak Sigmar goni Gorka, kiedy Mork gryzie go po kostkach.

[Ulrich i Elżbieta otwierają szeroko usta.]

[Konstant Drachenfels] Ale widzę, że was hurtem tu przysłało. Jesteście bóstwem zbiorowym?
[Tzeentch] [lustrując ich wzrokiem] Zbiorowe bóstwo niemych. Fascynujące…
[Ulrich] [z nieprzytomnym wzrokiem] Yyyy, nazywam się Ulrich.
[Konstant Drachenfels] [krzywiąc się] Uuu…
[Tzeentch] [również robiąc kwaśną minę] To fatalnie.
[Ulrich] [zdziwiony] Dlaczego?
[Konstant Drachenfels] Już jednego o tym imieniu tu mają. Jak sobie to wyobrażasz? Modli się taki człowiek i do kogo leci modlitwa?
[Tzeentch] Lub, co ważniejsze, do kogo leci potem piorun? Ale w zasadzie tamten nazywa się Ulryk.
[Konstant Drachenfels] No w zasadzie tak. Jeden pies…
[Tzeentch] [poprawiając] Wilk…
[Konstant Drachenfels] Wilk, pies, inne bydle, nieważne i tak jest tu zbędny, więc ten go może zastąpić.
[Tzeentch] No nie do końca…
[Konstant Drachenfels] Co masz na myśli?

[Elżbieta w tym momencie mdleje, a Ulrich wydaje się tracić zmysły.]

[Tzeentch] [robiąc poważną minę] No bo, weźmy taką hipotetyczną sytuację… Chcesz ulepić bałwana…

[Ulrich pada obok żony.]

[Tzeentch] [nieporuszony kontynuuje] no to chyba, ze spaczpyłu, go nie ulepisz, nie?
[Konstant Drachenfels] Niby nie, spaczpył się nie lepi, no ale przecież sam możesz…
[Tzeentch] Słuchaj, mam swoje zasady. Nie wchrzaniam się innym w kompetencje. Zarazę i dżumę też mógłbym rozsiewać, ale nie będę Nurglowi chleba od ust odbierał.
[Konstant Drachenfels] No a jaki jest sens rozsiewania tu zarazy jak wy wszyscy odporni jesteście?
[Tzeentch] Niby tak, ale Sigmar jakoś zawsze kicha. No i stary grubas Nurgle ma rozrywkę wtedy. [po chwili] No więc, w razie nagłej potrzeby ulepienia bałwana, szorujesz do Ulryka.
[Konstant Drachenfels] Rozumiem. [patrząc na lezących] A tym co?

[Tzeentch pstryka palcami i Ulrich się budzi.]

[Tzeentch] Przerwaliśmy ci.
[Ulrich] [skołowany] Co to ja mówiłem…
[Konstant Drachenfels] [głosem Ulricha] <Nazywam się Ulrich.>
[Ulrich] A tak… Nazywam się Ulrich von zapomniałem, [po chwili] skądśtam… [rozglądając się dookoła] i zaraz się porzygam…

[Tzeentch i Konstant patrzą na siebie zdziwieni, natomiast w dalszej części sceny przebiega jakiś człowiek, ubrany tylko w spodnie, dzierżący wielki młot, którym okłada jakiegoś przerażonego, uciekającego goblina w koronie. Za tą dwójką biegnie zaś drugi, podobny goblin, który rzuca zapamiętale w człowieka grudkami spaczenia. Wkrótce cała trójka niknie na horyzoncie.]

[Tzeentch] [do Drachenfelsa] Mówiłem…
[Konstant Drachenfels] Mhm.

[Ulrich pada ponownie na ziemię, z jego nosa leci krew, po czym ginie w konwulsjach.]

[Konstant Drachenfels] [nieporuszony] O. Po raz pierwszy widzę śmierć bóstwa.
[Tzeentch] No, ja też, muszę przyznać.
[Konstant Drachenfels] [nucąc cicho] <Obejrzyjcie swe dłonie i twarze, są czerwone od boga krwi…>
[Tzeentch] Fajna melodia, czyje to?
[Konstant Drachenfels] Ech, wiesz przecież.
[Tzeentch] [znudzonym głosem] Wiem, że wiem, tak tylko podtrzymuje konwersację.

[W tym momencie podnosi się Elżbieta.]

[Elżbieta] [zataczając się] Co się stało?
[Tzeentch] O! Półbóg!
[Konstant Drachenfels] Dlaczego <półbóg>?
[Tzeentch] No jak część boga zbiorowego umiera, a część jeszcze żyje, to jak takie coś nazwać?
[Konstant Drachenfels] Separacja?

[Elżbieta patrzy na martwego męża, Sigmar i para goblinów Gork i Mork, robią zaś w tle kolejne okrążenie po równinie astralnej. Kobieta również pada martwa.]

[Tzeentch] Hm, jak widać długo półbogowie nie żyją.
[Konstant Drachenfels] Tak. [patrzy chwilę na Tzeentcha, po czym chłodno dodaje] Dobra, obaj, wiemy, że to Wilhelm ich tu przysłał, nie?
[Tzeentch] Tak, ale fajnie było poudawać.
[Konstant Drachenfels] Racja. [po chwili] Dobra Tzeentch, czas na mnie, muszę kopnąć w dupę tego demonicznego błazna.
[Tzeentch] Baw się dobrze.
[Konstant Drachenfels] I nawzajem. Cześć.

[Konstant znika. Tzeentch zaś siedzi chwilę i znudzonym wzrokiem rozgląda się po pustej równinie astralnej.]

[Tzeentch] [westchnąwszy] Ta, tylko, w co ja mam się tu bawić? [po chwili z ożywieniem, wstając] Ej! Ulryyyyk! Zrobimy iglo?!

autor: Aradesh

Przeczytaj informacje na temat wysyłania materiałów

Wynik rzutu:

Najczęściej pobierane materiały

# Plik Rozmiar pliku Pobrania
1 karta postaci 3 MB 4336
2 karta 2ed drachenfels 3 MB 3733
3 altdorf_night 4 MB 3603
4 Zapłata 54 KB 3258
5 BookOfRats 1 MB 3195

Najwyżej oceniane materiały